Słońce
nad San Felix powoli chowa się za niziutkie domki i kolorowe płoty. Niebo
przybiera kolor Fanty, a ostatnie dzieci wybiegają z oratorium. Ostatnie „Hasta
mañana” i w pędzie wykonany krzyżyk na dziecięcym czole. Następnie trzy wdechy
odpoczynku i czas na Eucharystię w parafialnym kościele. Wychodzę z kościoła.
Wszędzie ciemno jak w najstraszniejszej jaskini. Słońce już dawno opuściło
Wenezuelę.
Czy
Wenezuelczycy idą już spać?! Nic bardziej mylnego! Tutaj życie jest wszędzie.
Nasza dzielnica jest jak ludzkie ciało. Życie istnieje w każdym jej zakamarku.
Krew buzuje w komórkach. Tętno wali jak u sprintera, który dotarł do mety
zdobywając swoje pierwsze olimpijskie złoto. Dzień trwa wiecznie! Po sąsiedzku
muzyka tańczy w rytmie salsy, a samochody jak mrówki przebiegają po okolicznych
ulicach. Młodzież śmieje się i żartuje
do momentu, aż brama naszego centrum nie powie im dobranoc. Szczur zakrystianin biegający po kościelnym
suficie skutecznie utrudnia odmawianie
różańca. A jaszczurka z ciekawością zagląda do tabernakulum.
Gdzie
jest Bóg? Każdego dnia wygrywa konkurs na króla ciszy i prezesa pokory. Mogę
schować się u niego w domu. Odpocząć nieco. Bóg obecny był z nami cały dzień. W
oratorium pilnie notował słówka z angielskiego, liczył przykłady z matematyki,
grał w kikimbola, strzelał gole grając w nogę. Na koniec dnia, gdy wenezuelska
noc włącza play, klękam do modlitwy. Krótka rozmowa z pracowitym Bogiem. Na
koniec tylko jedno: „Dobrej nocy Boże! Idę spać, ale proszę nie zaśnij i
opiekuj się rozespanymi Polakami”.
Bóg
nie odpoczywa. Gdy moje powieki opadają ciężko na oczy, a w mojej głowie
rozpoczyna się eNeMeF moich snów, Bóg zabiera się do roboty na kolejnym etacie.
Ostatnia tej nocy poprawka kołdry, strzepanie poduszki i pobudka stoczniowców
do pracy. Polska powoli budzi się ze snu. Bóg nie odpoczywa! Bóg jest perpetuum
mobile- zawsze na chodzie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz