-Co się jada w Polsce
podczas świąt?
-Według tradycji na wigilijnym
polskim stole znajduje się 12 potraw!- odpowiadamy, obserwując powiększające
się ze zdziwienia oczy na niejednej wenezuelskiej twarzy.
Czy ilość jedzenia na stole jest dla Ciebie najważniejsza? Czy mimo kończących się świąt twoja lodówka wciąż się nie domyka. Trudno! Pewnie zastanawiasz się co my tutaj jemy i czy nie brakuje nam jedzenia. Nie, nie chodzę głodna, a dzieci nie mają opuchniętych z głodu brzuszków. Chociaż, fakt, niedożywionych buziek na co dzień tutaj nie brakuje.
Na święta każdy Wenezuelczyk
zjada jedną, dwie…lub pięć hallacas, w zależności od głodu, a bardziej od zamiłowania
do jedzenia. Do tego sałatkę z kurczakiem, zagryzana chlebem z szynką, oliwkami
i rodzynkami. A co zjada Polak w Wenezueli? To samo. Ta tradycyjna świąteczna,
a bardziej grudniowa, potrawa towarzyszy nam już od końca listopada. To główny
gość każdego świątecznego spotkania grup parafialnych, pracowników w szkole i
dobrodziejów domów dla chłopców ulicy. To symbol wenezuelskich świąt. Ale jakie
to święta?
Przygotowanie do świąt rozpoczynamy
od świętowanie porannej i jednocześnie
jedynej Eucharystii każdego dnia. Uroczyste śpiewy, energiczne ruchy i głośne
nawoływania „Ven, ven, ven…” upewniały mnie, że adwent to czas radosnego
oczekiwania na narodziny Chrystusa. Także tutaj, gdzie patrząc po ludzku
zwycięża zło. Gdzie każdego dnia ludzkie życie urywa się nagle od jednego
strzału z pistoletu.

Dwudziesty czwarty
grudnia. Wenezuelczycy gromadzą się w kościele na wieczornej Mszy świętej. Codzienne
stroje w postaci jeansów wymienione na eleganckie sukienki, bluzki i koszule. Szopka i choinka nie robią na mnie
wrażenia, gdyż oglądam je już od trzech tygodni. Za to kolędy, mimo, że
śpiewane przez cały okres adwentu, poruszają mnie swoją rytmiką i treścią.
Świętowanie czas zacząć! Grupa dzieci wprowadza w uroczystej procesji Dzieciątko
Jezus do ołtarza. A roztańczona gloria i oklaski dla Jezusa fruną hen wysoko do
nieba. Na koniec Eucharystii uroczyste ucałowanie figurki małego Jezusa, uściski
i świąteczne życzenia.

W Wenezueli rozpoczyna
się czas zabawy z rodziną i znajomymi. Spotkaniom i tańcom nie ma końca. Wczesnym
rankiem ucicha okoliczna muzyka dając znak do spania. Dwudziesty piąty grudnia
to czas na odpoczynek po całonocnych zabawach. Parafia w San Felix późnym
popołudniem przeciera oczy i zbiera się do świąteczną Eucharystię. Z myślą
o jubilacie zakładam elegancki strój i
ze świątecznym nastawieniem ruszam do kościoła. W głowie trenuję po raz kolejny
ulubione wenezuelskie kolędy i z niecierpliwością oczekuję kościoła wypełnionego
ludźmi, aby wraz z nimi świętować ten wyjątkowy dzień. Przeżywam chwilę
zwątpienia, gdy na placu dostrzegam zaledwie jeden samochód. Kościół świeci
pustkami. Tego dnia, gdy katolicy wspominają dzień narodzenia Pana Jezusa w
kościele parafialnym znajduje się zaledwie
38 osób.
Co się stało z wszystkimi
ludźmi?! Gdzie oni są?! Jakie święta obchodzą?! W co lub kogo wierzą?!
„Bądź zawsze radosny”, „święta
to czas spędzony z bliskimi” i inne hasła głoszone w okresie świąt Bożego Narodzenia
to jedynie puste marketingowe słowa nawołujące do pokoju, szczęścia i
samozadowolenia z życia. W parafialnym kościele nadal wisi wieniec adwentowy, a
w betlejemskiej szopce brakuje Dzieciątka Jezus, który zaginął podczas przedświątecznych
przygotowań. To tylko symbole? Może i
tak! To tylko święta i kwestia wiary? I
to tylko Chrystus?! To On chce się narodzić na nowo. On nie wpycha się w niczyje
życie. Czeka na zaproszenie. Boże Narodzenie to nie byle jaka impreza. Chrystus
chce narodzić się także na wenezuelskiej ziemi, która tak bardzo potrzebuje w
Nim odrodzenia.
Chwilowo Wenezuelczycy nie
mają czasu. Zaczynamy karnawał….