czwartek, 30 stycznia 2014

Złoty Bóg Dżin

"Co byś zrobił, gdybyś wygrał milion złotych w totka?”- to jedno z wielu pytań podstawówkowych złotych myśli. Pamiętasz?! „Zamieszkam w ciepłych krajach”, to najczęstsza odpowiedz przeciętnego Polaka, szczególnie w okresie zimowej chandry.  Ty też marzysz o życiu w ciepłych krajach? Wychodzenie z domu myśląc jedynie o założeniu japonek lub o zabraniu olejku do opalania. Palmy, drinki i lenistwo! Ja marzyłam! Ciepło nie znaczy brak obowiązków i problemów. Nie oznacza lenistwa. Nie oznacza plaż z lazurową wodą i drinków z palemkami. Mam swoje trzydzieści kilka stopni!

Kraj, gdzie na ulicy śmierdzi rozkładającymi się śmieciami. Gdzie sok z proszku w oratorium, pity z dziećmi z jednego kubka jest moim najsmaczniejszym drinkiem. Gdzie wycieczka mrówek w kuchni jest urozmaiceniem kolacji, a aluminiowe garnki wspomnieniem babci, która karmiła kury z podobnych naczyń. Mam swoje „ciepłe kraje”.

 
Z uśmiechem wspominam sprzed lat domowe zabawy w kościół, gdzie wśród wiernych zasiadał pies z kotem, a druga ławka wypchana była misiami i lalką. Oraz poszukiwania ogórka lub rzodkiewki w plasterkach, przypominającej coś na styl hostii. Gdy dziś zbliżam się z dzwonkiem do ołtarza, moje serce mocniej wali. A gdy Chrystus przemienia się pół metra ode mnie, czuję się jakbym oglądała największe truco (tł. Sztuczka) tego świata. Marzenie o byciu ministrantką się spełniło. Służyć Bogu i być bliżej Niego.
Czym są misję? Spełnieniem marzeń! Wypełnieniem Bożej woli. Bóg zaskakuje każdego dnia. Sprawia cuda widziane jedynie oczami wiary. On jest Kimś więcej niż złota rybka spełniająca trzy życzenia. I niż Dżin z lampy Aladyna, którą trzeba potrzeć. Boże, przymnóż mi wiary, abym mogła widzieć wszystkie Twoje cuda!

wtorek, 21 stycznia 2014

„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” (Ps 8)

Poranny budzik rozbrzmiewa każdego dnia coraz głośniej. Ilość decybeli w moich uszach zależy od poziomu zmęczenia. Wstaję bez większego namysłu i ruszam przed siebie. Odhaczam w głowie kolejne punkty dnia i notuję kolejne. Lista ciągle za długa.
 
Sala oratoryjna niezamieciona. Kredki nienaostrzone i zdjęcia niezrobione. Rodzina czeka na skype, a wiadomości od znajomych w zakładce „odebrane”. Zajęcia na oratorium jeszcze niegotowe, a ogłoszenia nierozwieszone. Kolacja niezrobiona, a życzenia do przyjaciela wysłane za pięć północ. Rzecz jasna wenezuelska, bo w Polsce kolejny dzień już świta. Planowana godzina snu opóźnia się znów o kolejne dwie, a lista zadań po kolejnym dniu wydłużyła się dwukrotnie.
 
Zbyt mało czasu na plany i obowiązki. Deficyt snu. Brak czasu na odpoczynek. Taka prawda? Być może! A może facebook zjada Ci połowę twoje snu, plany masz zbyt bujne, a pracę zbyt ambitną. Może Twój świat stoi na głowie i nie tylko dlatego, że mieszkasz na półkuli południowej tego świata. Być może Twoje życie nie zadawala Cię tak jakbyś tego chciał. I wmawiasz sobie, że zadowolenie przyjdzie z lepszą pracą lub nowym gadżetem.
 
Boże, kim jest człowiek, że o nim pamiętasz? Człowieku, kim On jest, że troszczy się o Ciebie? To nie kolejny związek bez zobowiązań! To także nie pseudo małżeństwom, czyli układ dwojga ludzi, którzy boją się zaryzykować dla Miłości. To nie gimnazjalne „chodzenie ze sobą”, ani włóczenie się po dyskotekach. Bóg ma dla Ciebie czas, ma Miłość i ma Ciebie! Ty masz tylko, albo aż Boga! On jest ślepo zakochany w Tobie i czeka na posprzątany dom, zrobione zakupy i ugotowany obiad. Czeka na naostrzone kredki, zaplanowane oratorium i przygotowaną lekcję. Czeka na cokolwiek co pozwoliłoby Mu przybliżyć się do Ciebie. Musisz jedynie chcieć!
 

 

 

niedziela, 12 stycznia 2014

Celebrytka


Zdecydowanym krokiem przechodzę przez próg sklepu. Z ust właściciela marketu słyszę jedynie: „Polki!”. I wszyscy wiedzą, że przyszłyśmy na zakupy. Dyskretne zerkanie do koszyka i wzrok śledzący mój każdy ruch  to główny towarzysz zakupów. Lokalesy automatycznie przez przypadek potrzebują coś z tej samej półki co ja lub najzwyczajniej stoją i się patrzą bez krępacji, jak gdybym była kukłą Marilyn Monroe w muzeum figur woskowych. Inni, bardziej wstydliwi, stoją przy wejściu i niby szeptem próbują dowiedzieć się chociaż podstawowych informacji na temat dwóch blondynek buszujących sklep.
Jak co wtorek chodzimy do Casa Hogar, domu dla chłopaków ulicy. Idziemy standardową drogą. Mijamy te same kolorowe domy ułożone jak klocki dla pięciolatka i stoiska z empanadami. Jeden warsztat samochodowy na rogu ulic i sklep chińczyka. Mijamy małą bodegę w głębi uliczki i mnóstwo ludzi. Jedni pogwizdują dla zwrócenia uwagi, inni grzecznie odpowiadają „Buenos dias” i dorzucają swój uśmiech. Nie możemy założyć czapki niewidki. Nie przechodzimy bez echa. Każdy sąsiad, dalszy lub bliższy, wie kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i skąd jesteśmy.
 
Żyję tutaj od października. Jak każdy jem, pracuję, uczę się. Potrzebuję pójść na zakupy, do lekarza i na badanie krwi.  W recepcji pobliskiego laboratorium tłumaczę w jakiej sprawie przyszłam i podaję swoje dane. Moje imię i nazwisko to kolejna bariera nie do przeskoczenia dla Wenezuelczyków. Z przepisaniem z paszportu też jest problem. W laboratorium zostaję przechrzczona na Marię- moje drugie imię. Odbierając wyniki dwa dni później na moje „Buenas tardes” słyszę „Maria Wisnewska?”. Nawet tam mnie już znają.
Każda mała dziewczynka chce być gwiazdą. Kimś znanym. Aktorką lub piosenkarką. Zazdrości niejednej znanej osobie faktu bycia sławną. Bycia na pierwszych stronach gazet. Zdjęć na Pudelku i bycia w czołówkach seriali. Uczestnictwa w imprezach otwarcia galerii handlowych, odbierania nagród, bycia pozornie najlepszym.

Bycie znaną osobą jest męczące. Jedynie z pozoru jest ciekawe i łatwe. Jestem „celebrytką” lokalnej dzielnicy, która kryje tajemnicę niejednej strzelaniny i śmierci. Znają mnie sprzedawczynie pobliskich sklepów, znają mnie matki oratoryjnych dzieci, znają mnie pracownicy parafii. Znają mnie chłopcy ulicy i pewnie niejeden przestępca. Zna mnie sierota i wdowa. Czy mam stracha żyjąc w świadomości, że moje imię znają lokalni złodzieje, mordercy i okoliczni posiadacze broni palnej? Bóg też zna moje imię i ma silniejszą broń w walce ze złem. „Dla mnie bowiem żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk.”    
 

czwartek, 9 stycznia 2014

Wieża Babel

Ostatnią godzinę przed wyjazdem spędziłyśmy w kościele. Podczas mszy pod kościół podjeżdża autobus wyglądający jak polski odpowiednik bibobusu, czyli to za co niejedna przyjaciółeczka przyszłej panny młodej płaci na wieczorze panieńskim lub bogaty nastolatek za osiemnastkę. Skład grupy: gringos (amerykanie), niewielki dodatek Wenezuelczyków i dwie polki. Wyruszamy na Gran Sabane. Poza samym faktem wyjazdu nie wiem nic więcej. Jadę!


Wszystko takie dziwne. Od kilkunastu tygodni świat krzyczy do mnie po hiszpańsku. Nawet coraz więcej rozumiem. Przyzwyczaiłam się, że usłyszenie mojego  imienia z ust Wenezuelczyka jest tak częste jak pojawienie się w sklepie mleka, w proszku jedynie rzecz jasna. Rzadko, ale bardzo cenne. Jedynym, który próbuje się zmierzyć z językiem polskim jest Eduardo, który ciągle powtarza „lubię twój dres”.
 
Ten weekend był inny. Mrygające w rytm muzyki światełka mieszały się z międzynarodowymi przebojami. Kalifornijski rock przeplatany klasyczną salsą odzwierciedlały charakter naszego wyjazdu. Do moich uszu trafia mix dźwięków. Przebojem najmilszym dla mnie był język polski  w towarzystwie salsy i merengue. Za nim w pogoń udawały się słówka hiszpańskie  z mocno zmęczonym angielskim. Tak rozpoczęłam pierwszy weekend nowego roku.

Mieszanka kultur i języków. Każde imię jeszcze trudniejsze do powtórzenia niż poprzednie. Amerykański zaciesz i robienie harmonicznego „wow” na wszystko co się ruszy to nie jedynie legenda zawarta w niemal każdym filmie z collegem z internatem w roli głównej. Dociera do mnie, że zaprzyjaźniony Padre Santiago jest faktycznie Father James’em, a w polskiej rzeczywistości  to zwyczajny ksiądz Jakub. A białe wf’owe koszulki amerykanów wzbudzają we mnie uśmiech, gdyż kojarzą mi się z „High School Musical” lub ramówką  „Disney Channel”.
 
Wiecznie nurtowało mnie skąd wziął się u Pana Boga pomysł na podział językowy przy budowie wieży Babel. Chciał przeszkodzić ludziom w budowie? Mógł wywołać pożar albo zrzucić ludzi z wieży, żeby się połamali. Innym pomysłem był potop, ale Noe zarezerwował wcześniej. Więc Bóg postanowił wymieszać wszystkie języki świata.

Bóg miał pomysł na urozmaicenie życia na ziemi. Miał pomysł na hobby dla wielu z nas. Miał pomysł na interesujące podróżowanie, na wyćwiczenie mięśni rąk przy okazji rozmów z ich użyciem. Miał pomysł na podział ludzkości, który sprawia, że jesteśmy tacy różni i ciekawi. Miał pomysł na pracę dla językowców i na naukę dla młodych ludzi. Miał pomysł Twojego życia w Polsce, Niemczech, Rosji, Wenezueli, Peru, Zambii, Anglii, Irlandii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych, Norwegii, Turcji czy w jakimkolwiek innej części świata. Miał pomysł na Ciebie.