Ostatnią
godzinę przed wyjazdem spędziłyśmy w kościele. Podczas mszy pod kościół
podjeżdża autobus wyglądający jak polski odpowiednik bibobusu, czyli to za co
niejedna przyjaciółeczka przyszłej panny młodej płaci na wieczorze panieńskim
lub bogaty nastolatek za osiemnastkę. Skład grupy: gringos (amerykanie),
niewielki dodatek Wenezuelczyków i dwie polki. Wyruszamy na Gran Sabane. Poza
samym faktem wyjazdu nie wiem nic więcej. Jadę!
Wszystko
takie dziwne. Od kilkunastu tygodni świat krzyczy do mnie po hiszpańsku. Nawet
coraz więcej rozumiem. Przyzwyczaiłam się, że usłyszenie mojego imienia z ust Wenezuelczyka jest tak częste
jak pojawienie się w sklepie mleka, w proszku jedynie rzecz jasna. Rzadko, ale bardzo
cenne. Jedynym, który próbuje się zmierzyć z językiem polskim jest Eduardo,
który ciągle powtarza „lubię twój dres”.
Ten
weekend był inny. Mrygające w rytm muzyki światełka mieszały się z
międzynarodowymi przebojami. Kalifornijski rock przeplatany klasyczną salsą
odzwierciedlały charakter naszego wyjazdu. Do moich uszu trafia mix dźwięków. Przebojem
najmilszym dla mnie był język polski w
towarzystwie salsy i merengue. Za nim w pogoń udawały się słówka
hiszpańskie z mocno zmęczonym
angielskim. Tak rozpoczęłam pierwszy weekend nowego roku.
Mieszanka
kultur i języków. Każde imię jeszcze trudniejsze do powtórzenia niż poprzednie.
Amerykański zaciesz i robienie harmonicznego „wow” na wszystko co się ruszy to
nie jedynie legenda zawarta w niemal każdym filmie z collegem z internatem w
roli głównej. Dociera do mnie, że zaprzyjaźniony Padre Santiago jest faktycznie
Father James’em, a w polskiej rzeczywistości to zwyczajny ksiądz Jakub. A białe wf’owe koszulki
amerykanów wzbudzają we mnie uśmiech, gdyż kojarzą mi się z „High School
Musical” lub ramówką „Disney Channel”.
Wiecznie
nurtowało mnie skąd wziął się u Pana Boga pomysł na podział językowy przy
budowie wieży Babel. Chciał przeszkodzić ludziom w budowie? Mógł wywołać pożar
albo zrzucić ludzi z wieży, żeby się połamali. Innym pomysłem był potop, ale
Noe zarezerwował wcześniej. Więc Bóg postanowił wymieszać wszystkie języki
świata.
Bóg
miał pomysł na urozmaicenie życia na ziemi. Miał pomysł na hobby dla wielu z
nas. Miał pomysł na interesujące podróżowanie, na wyćwiczenie mięśni rąk przy
okazji rozmów z ich użyciem. Miał pomysł na podział ludzkości, który sprawia,
że jesteśmy tacy różni i ciekawi. Miał pomysł na pracę dla językowców i na naukę
dla młodych ludzi. Miał pomysł Twojego życia w Polsce, Niemczech, Rosji,
Wenezueli, Peru, Zambii, Anglii, Irlandii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych,
Norwegii, Turcji czy w jakimkolwiek innej części świata. Miał pomysł na Ciebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz