Zdecydowanym krokiem
przechodzę przez próg sklepu. Z ust właściciela marketu słyszę jedynie: „Polki!”.
I wszyscy wiedzą, że przyszłyśmy na zakupy. Dyskretne zerkanie do koszyka i
wzrok śledzący mój każdy ruch to główny
towarzysz zakupów. Lokalesy automatycznie przez przypadek potrzebują coś z tej
samej półki co ja lub najzwyczajniej stoją i się patrzą bez krępacji, jak
gdybym była kukłą Marilyn Monroe w muzeum figur woskowych. Inni, bardziej
wstydliwi, stoją przy wejściu i niby szeptem próbują dowiedzieć się chociaż
podstawowych informacji na temat dwóch blondynek buszujących sklep.
Jak co wtorek chodzimy
do Casa Hogar, domu dla chłopaków ulicy. Idziemy standardową drogą. Mijamy te
same kolorowe domy ułożone jak klocki dla pięciolatka i stoiska z empanadami.
Jeden warsztat samochodowy na rogu ulic i sklep chińczyka. Mijamy małą bodegę w
głębi uliczki i mnóstwo ludzi. Jedni pogwizdują dla zwrócenia uwagi, inni
grzecznie odpowiadają „Buenos dias” i dorzucają swój uśmiech. Nie możemy założyć
czapki niewidki. Nie przechodzimy bez echa. Każdy sąsiad, dalszy lub bliższy, wie
kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i skąd jesteśmy.
Żyję tutaj od
października. Jak każdy jem, pracuję, uczę się. Potrzebuję pójść na zakupy, do
lekarza i na badanie krwi. W recepcji pobliskiego
laboratorium tłumaczę w jakiej sprawie przyszłam i podaję swoje dane. Moje imię
i nazwisko to kolejna bariera nie do przeskoczenia dla Wenezuelczyków. Z
przepisaniem z paszportu też jest problem. W laboratorium zostaję przechrzczona
na Marię- moje drugie imię. Odbierając wyniki dwa dni później na moje „Buenas
tardes” słyszę „Maria Wisnewska?”. Nawet tam mnie już znają.
Każda mała dziewczynka
chce być gwiazdą. Kimś znanym. Aktorką lub piosenkarką. Zazdrości niejednej
znanej osobie faktu bycia sławną. Bycia na pierwszych stronach gazet. Zdjęć na
Pudelku i bycia w czołówkach seriali. Uczestnictwa w imprezach otwarcia galerii
handlowych, odbierania nagród, bycia pozornie najlepszym.
Bycie znaną osobą jest
męczące. Jedynie z pozoru jest ciekawe i łatwe. Jestem „celebrytką” lokalnej dzielnicy,
która kryje tajemnicę niejednej strzelaniny i śmierci. Znają mnie sprzedawczynie
pobliskich sklepów, znają mnie matki oratoryjnych dzieci, znają mnie pracownicy
parafii. Znają mnie chłopcy ulicy i pewnie niejeden przestępca. Zna mnie
sierota i wdowa. Czy mam stracha żyjąc w świadomości, że moje imię znają
lokalni złodzieje, mordercy i okoliczni posiadacze broni palnej? Bóg też zna
moje imię i ma silniejszą broń w walce ze złem. „Dla mnie bowiem żyć to
Chrystus, a umrzeć to zysk.”
Proste i dobitne! Miła lektura! :)) dziękuję za zwrócenie mojej uwagi z nowotworów na Wenezuelę! :))
OdpowiedzUsuńCzekałam na kolejny wpis;)
OdpowiedzUsuńNie zrozum mnie źle, proszę, ale nie spodziewałam się, że masz taki dar do fajnego pisania. Czytam z przyjemnością! I te ciepłe zdjęcia. A u nas zimno, mokro, ciemno brzydko.
Zuzanna
TAK BARDZO CHCIAŁABYM BYĆ TAM Z TOBĄ!!
OdpowiedzUsuń