niedziela, 12 stycznia 2014

Celebrytka


Zdecydowanym krokiem przechodzę przez próg sklepu. Z ust właściciela marketu słyszę jedynie: „Polki!”. I wszyscy wiedzą, że przyszłyśmy na zakupy. Dyskretne zerkanie do koszyka i wzrok śledzący mój każdy ruch  to główny towarzysz zakupów. Lokalesy automatycznie przez przypadek potrzebują coś z tej samej półki co ja lub najzwyczajniej stoją i się patrzą bez krępacji, jak gdybym była kukłą Marilyn Monroe w muzeum figur woskowych. Inni, bardziej wstydliwi, stoją przy wejściu i niby szeptem próbują dowiedzieć się chociaż podstawowych informacji na temat dwóch blondynek buszujących sklep.
Jak co wtorek chodzimy do Casa Hogar, domu dla chłopaków ulicy. Idziemy standardową drogą. Mijamy te same kolorowe domy ułożone jak klocki dla pięciolatka i stoiska z empanadami. Jeden warsztat samochodowy na rogu ulic i sklep chińczyka. Mijamy małą bodegę w głębi uliczki i mnóstwo ludzi. Jedni pogwizdują dla zwrócenia uwagi, inni grzecznie odpowiadają „Buenos dias” i dorzucają swój uśmiech. Nie możemy założyć czapki niewidki. Nie przechodzimy bez echa. Każdy sąsiad, dalszy lub bliższy, wie kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i skąd jesteśmy.
 
Żyję tutaj od października. Jak każdy jem, pracuję, uczę się. Potrzebuję pójść na zakupy, do lekarza i na badanie krwi.  W recepcji pobliskiego laboratorium tłumaczę w jakiej sprawie przyszłam i podaję swoje dane. Moje imię i nazwisko to kolejna bariera nie do przeskoczenia dla Wenezuelczyków. Z przepisaniem z paszportu też jest problem. W laboratorium zostaję przechrzczona na Marię- moje drugie imię. Odbierając wyniki dwa dni później na moje „Buenas tardes” słyszę „Maria Wisnewska?”. Nawet tam mnie już znają.
Każda mała dziewczynka chce być gwiazdą. Kimś znanym. Aktorką lub piosenkarką. Zazdrości niejednej znanej osobie faktu bycia sławną. Bycia na pierwszych stronach gazet. Zdjęć na Pudelku i bycia w czołówkach seriali. Uczestnictwa w imprezach otwarcia galerii handlowych, odbierania nagród, bycia pozornie najlepszym.

Bycie znaną osobą jest męczące. Jedynie z pozoru jest ciekawe i łatwe. Jestem „celebrytką” lokalnej dzielnicy, która kryje tajemnicę niejednej strzelaniny i śmierci. Znają mnie sprzedawczynie pobliskich sklepów, znają mnie matki oratoryjnych dzieci, znają mnie pracownicy parafii. Znają mnie chłopcy ulicy i pewnie niejeden przestępca. Zna mnie sierota i wdowa. Czy mam stracha żyjąc w świadomości, że moje imię znają lokalni złodzieje, mordercy i okoliczni posiadacze broni palnej? Bóg też zna moje imię i ma silniejszą broń w walce ze złem. „Dla mnie bowiem żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk.”    
 

3 komentarze:

  1. Proste i dobitne! Miła lektura! :)) dziękuję za zwrócenie mojej uwagi z nowotworów na Wenezuelę! :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam na kolejny wpis;)
    Nie zrozum mnie źle, proszę, ale nie spodziewałam się, że masz taki dar do fajnego pisania. Czytam z przyjemnością! I te ciepłe zdjęcia. A u nas zimno, mokro, ciemno brzydko.
    Zuzanna

    OdpowiedzUsuń
  3. TAK BARDZO CHCIAŁABYM BYĆ TAM Z TOBĄ!!

    OdpowiedzUsuń