poniedziałek, 30 grudnia 2013

525 600

Jedna minuta to prawie nic. To czas oczekiwania na zagotowanie się wody w czajniku elektrycznym lub na przyjazd autobusu miejskiego. O tym, że minuta to prawie nic, myśli wielu z nas. Co w przypadku, gdy mija 525 600 minut Twojego życia, a Ty masz znowu o kolejny rok więcej w swojej historii.

Polski telewizor zapewne zachęca do spędzenia ostatniej nocy tego roku z jedynką, dwójką lub Polsatem, a markety organizują wyprzedaż wyprzedaży, bo zawsze jest okazja zwieść klientów. Ty, albo szykujesz kreacje, albo jeszcze zastanawiasz się co ze sobą zrobisz tego wieczoru, bo przecież nie wypada zostać w domu. Może masz od dawna zaplanowane ostatnie godziny tego roku i wraz z przyjaciółmi oczekujecie dobrej zabawy.

Wenezuelski sylwester to święto rodzinne. Każdy Wenezuelczyk, nie zależnie czy ma pięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat, niezależnie czy mieszka w UD-145, w jednej z najniebezpieczniejszej dzielnicy San Felix, czy w pobliskiej Alta Vista, ociekającej luksusem i pięknem, każdy wie, że imieniny Sylwestra spędza z najbliższymi.
 
Moje ostatnie 525 600 minut układam w album wspomnień. Ostatni rok inaugurowałam w srebrnej sukienki w kwiatki na szczecińskim parkiecie, tańcząc wraz z przyjaciółmi „Ona tańczy dla mnie” i wznosząc toast za ten rok. Ale to nie szampan sprawił, że był on udany. To nie sprawka szczęśliwej gwiazdy, ani też nie zasługa odpowiedniego horoskopu na ten rok. To On, Bóg, Ojciec i Przyjaciel jest źródłem szczęścia i Miłości. Musisz jedynie chcieć być szczęśliwy! Czy to kwestia wiary? Nie sądzę. Mam wiarę słabą jak kartka papieru. Każdego dnia obawiam się, czy wytrzyma kolejne testy ciężkich głazów, które chcą go rozszarpać. Wiara sama nic nie może. Jest samotna i bez życia! Zaś z odrobiną nadziei, prostej i czasami naiwnej, działa w życiu małe cuda, a przy udziale miłości pozwala nam je dostrzegać.

Jeśli nie wyszło Ci w tym roku, masz jeszcze szansę. Kolejna edycja plebiscytu na najszczęśliwszy rok startuje już za kilka godzin. Powodzenia!

czwartek, 26 grudnia 2013

Pusty żłóbek


-Co się jada w Polsce podczas świąt?
-Według tradycji na wigilijnym polskim stole znajduje się 12 potraw!- odpowiadamy, obserwując powiększające się ze zdziwienia oczy na niejednej wenezuelskiej twarzy.
Czy ilość jedzenia na stole jest dla Ciebie najważniejsza? Czy mimo kończących się świąt twoja lodówka wciąż się nie domyka. Trudno! Pewnie zastanawiasz się co my tutaj jemy i czy nie brakuje nam jedzenia. Nie, nie chodzę głodna, a dzieci nie mają opuchniętych z głodu brzuszków. Chociaż, fakt, niedożywionych buziek na co dzień tutaj nie brakuje.


Na święta każdy Wenezuelczyk zjada jedną, dwie…lub pięć hallacas, w zależności od głodu, a bardziej od zamiłowania do jedzenia. Do tego sałatkę z kurczakiem, zagryzana chlebem z szynką, oliwkami i rodzynkami. A co zjada Polak w Wenezueli? To samo. Ta tradycyjna świąteczna, a bardziej grudniowa, potrawa towarzyszy nam już od końca listopada. To główny gość każdego świątecznego spotkania grup parafialnych, pracowników w szkole i dobrodziejów domów dla chłopców ulicy. To symbol wenezuelskich świąt. Ale jakie to święta?


Przygotowanie do świąt rozpoczynamy od świętowanie porannej  i jednocześnie jedynej Eucharystii każdego dnia. Uroczyste śpiewy, energiczne ruchy i głośne nawoływania „Ven, ven, ven…” upewniały mnie, że adwent to czas radosnego oczekiwania na narodziny Chrystusa. Także tutaj, gdzie patrząc po ludzku zwycięża zło. Gdzie każdego dnia ludzkie życie urywa się nagle od jednego strzału z pistoletu.
 
 
Dwudziesty czwarty grudnia. Wenezuelczycy gromadzą się w kościele na wieczornej Mszy świętej. Codzienne stroje w postaci jeansów wymienione na eleganckie sukienki, bluzki i  koszule. Szopka i choinka nie robią na mnie wrażenia, gdyż oglądam je już od trzech tygodni. Za to kolędy, mimo, że śpiewane przez cały okres adwentu, poruszają mnie swoją rytmiką i treścią. Świętowanie czas zacząć! Grupa dzieci wprowadza w uroczystej procesji Dzieciątko Jezus do ołtarza. A roztańczona gloria i oklaski dla Jezusa fruną hen wysoko do nieba. Na koniec Eucharystii uroczyste ucałowanie figurki małego Jezusa, uściski i świąteczne życzenia.

 
W Wenezueli rozpoczyna się czas zabawy z rodziną i znajomymi. Spotkaniom i tańcom nie ma końca. Wczesnym rankiem ucicha okoliczna muzyka dając znak do spania. Dwudziesty piąty grudnia to czas na odpoczynek po całonocnych zabawach. Parafia w San Felix późnym popołudniem przeciera oczy i zbiera się do świąteczną Eucharystię. Z myślą o  jubilacie zakładam elegancki strój i ze świątecznym nastawieniem ruszam do kościoła. W głowie trenuję po raz kolejny ulubione wenezuelskie kolędy i z niecierpliwością oczekuję kościoła wypełnionego ludźmi, aby wraz z nimi świętować ten wyjątkowy dzień. Przeżywam chwilę zwątpienia, gdy na placu dostrzegam zaledwie jeden samochód. Kościół świeci pustkami. Tego dnia, gdy katolicy wspominają dzień narodzenia Pana Jezusa w kościele parafialnym  znajduje się zaledwie 38 osób.

Co się stało z wszystkimi ludźmi?! Gdzie oni są?! Jakie święta obchodzą?! W co lub kogo wierzą?!
 
„Bądź zawsze radosny”, „święta to czas spędzony z bliskimi” i inne hasła głoszone w okresie świąt Bożego Narodzenia to jedynie puste marketingowe słowa nawołujące do pokoju, szczęścia i samozadowolenia z życia. W parafialnym kościele nadal wisi wieniec adwentowy, a w betlejemskiej szopce brakuje Dzieciątka Jezus, który zaginął podczas przedświątecznych przygotowań.  To tylko symbole? Może i tak! To tylko święta i kwestia wiary?  I to tylko Chrystus?! To On chce się narodzić na nowo. On nie wpycha się w niczyje życie. Czeka na zaproszenie. Boże Narodzenie to nie byle jaka impreza. Chrystus chce narodzić się także na wenezuelskiej ziemi, która tak bardzo potrzebuje w Nim odrodzenia.

Chwilowo Wenezuelczycy nie mają czasu. Zaczynamy karnawał….

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nie fajszuj w święta!

Dziś po raz pierwszy wygrałam wyścig ze słońce. Gdy ono nieśmiało ogrzewało europejskie twarze i rozjaśniało drogę marynarzom na Atlantyku, ja z lekko niedoczesanymi włosami lecę na mszę świętą. Witając przechodniów tradycyjnym „Buenos dias”, z lekkim śpiochem w oku, odpowiadali „Buena madrugada” (dobra noc). Dla wielu z nich, podobnie jak dla mnie, to jeszcze noc.

 
Od dziś budziki dają o sobie znać o 5:00. Co niektóre nawet i wcześniej. Rozpoczynamy wenezuelskie roraty. Dla tych co zaspali szybka pobudka racami wystrzeliwanymi w niebo. Tutaj nie ma wymówek. Tradycja nakazuje, więc całe rodziny lgną w kierunku kościoła. Podczas adwentu, a w szczególności podczas nowenny przed Bożym Narodzeniem, cała Wenezuela z radością oczekuje na narodziny Jezusa. Punktualnie, jak na latynoski kraj, bo jedynie z 15 minutowym opóźnieniem, rozpoczynamy mszę świętą o 5:30. Kościół wypełniony po brzegi.
Głośne nawoływanie i radosne śpiewy to cecha charakterystyczna tych poranków. Msza święta, a po niej wspólnotowa kawa i ciastko dla parafian to prawdziwa fiesta. Coś czego tu nie brakuje to czas. Jest. W parafialnej szopce Maryja z Józefem wciąż czekają na narodziny, bo do świąt pozostał jeszcze ponad tydzień czasu. Każdy Wenezuelczyk wie, że Jezus musi przyjść. Przecież w domach wszystko gotowe. Choinka i szopka. Kolędy i świąteczne występy. Wolne z pracy i szkoły. Każdy budynek w mieście przeszedł świąteczną transformację, a świąteczne potrawy spożywane są od miesiąca. Czy latynoskie serca są gotowe na przyjście Chrystusa? On przyjdzie w ciszy, ale Gloria będzie rozbrzmiewała w całym San Félix.
 
A Ty? Oczekuj Go wraz z Maryją. Masz jeszcze czas nastroić  instrument swojego serca, aby Gloria nie była jedynie fałszem płynącym z marketowych głośników.

środa, 11 grudnia 2013

Wcześniak za wcześnie

Czy w Twoim kościele wisi wieniec z czterema świeczkami? Chodząc na roraty śpiewasz zaspanym głosem co rano „Czekam na Ciebie Jezu mój mały”? I czy w ogóle wiesz, że w kościele katolickim na całym świecie przeżywamy adwent?!


 
Jedną z listopadowych niedziel spędzamy na festynie w okolicznej parafii, gdzie pierwszy raz jem tradycyjne bożonarodzeniowe potrawy. Od tej pory nie odstępują mnie na krok. Śniadanie, obiad, czasami kolacja. Wenezuelczycy zachowują się trochę jak polscy ekolodzy, którzy wiecznie bronią swojego zdania, za każdym razem tłumacząc, że to tradycyjna potrawa i trzeba zjeść. Obrusy z gwiazdą betlejemską dają mi znać, że Wenezuela rozpoczęła przygotowania do świąt. Wycieczka, w towarzystwie zaprzyjaźnionej rodzinki, do Parku Świątecznego kończy się wzdychaniem nad pięknem miejskich choinek. Naturalne, stalowe, aluminiowe. Każda z kilkoma kompletami lampek od chińczyków. Duże i małe. I jeszcze większe! Moja wyobraźnia czuje się zawstydzona nie jednym wenezuelskim wybrykiem.


 
Pierwsza niedziela adwentu w San Félix. Palmy zerkają z góry na gromadzący się przed kościołem tłum. Słońce smaży swoim spojrzeniem, a biel dziewczęcych sukienek odbija je jak tafla spokojnego jeziora. To szczególny dzień dla gromady nastolatków z naszej parafii. Ich pierwsze Komunia święta. Adwentowy wieniec z czterema tradycyjnymi świecami pokornie buja się w rytm Glorii wystukiwanej na perkusji, a uroczyste śpiewy zagłuszają biblijne nawoływania proroka Izajasza. Niedzielna Eucharystia jak zwykle przypomina fieste na chwałę Pana, a o prostowaniu ścieżek dla Niego Wenezuelczycy nie chcą nawet słyszeć.
 


 
Domy na pobliskich sektorach świecą jak reflektory samochodu. W parafialnym kościele już od tygodnia choinka puszcza oczka lampkami, a owieczki w szopce pasą się na zielonych wzgórzach. Mimo, że Jezus jeszcze się nie narodził, figurki Maryi i Józefa czekają w gotowości. Kolędy trenowane przez młodzież w naszym centrum są niczym jak pieśni bojowe. Każda z nich ma obowiązek posiadania elementu patriotycznego. Nazwa kraju, regionu lub miasta. Kolęda z hipotezą, co by było gdyby Maryja była z And, a Józef z równiny, dla każdego obywatela tego kraju jest oczywista, że wówczas Jezus byłby Wenezuelczykiem.

 
 
 
Zadziwia mnie ta inność. Buja do tańca niejedna kolęda. Charakterystyczny instrument towarzyszący tym śpiewom nakazuje ruszyć biodrem, klasnąć w ręce i bawić się na całego. Ale czy już teraz? Czy nie za wcześnie? Jest czas zbierania, ale nie ma czasu żniw. Jest radość z narodzenia, ale nie  ma Jezusa.
Gdyby Jezus był wcześniakiem nie potrzebowalibyśmy adwentu!
 

niedziela, 8 grudnia 2013

Fioletowy palec

Z czym kojarzy Ci się 8 grudzień? Jesteś katolikiem? Świętujesz uroczystość Niepokalanej. Jesteś salezjaninem lub wychowankiem salezjańskim? Zapewne obchodzisz rocznicę założenie przez księdza Bosko pierwszego oratorium. Jesteś Wenezuelczykiem? Możesz obchodzić dzień Chaveza lub spełniać obowiązek obywatelski. Od kilku dni Wenezuela przygotowywała się do dzisiejszej niedzieli. Dzieciaki włóczą się po ulicach, a ich miejsca do nauki przejęło wojsko. Panowie i panie w zielonych uniformach z karabinami przy boku maszerują po szkolnych dziedzińcach.
 
 
Prawdziwego Wenezuelczyka możesz dziś poznać po pomalowanym palcu. To nie propaganda. System wyborczy w tym kraju jest dla nas czymś niepojętym, podobnie  jak dla nich śnieg w grudniu. Na wstępie przeżywam lekkie zdziwienie na widok laptopów w komisji wyborczej. Gdy wspominam polskie wybory  na myśl przychodzą mi ogromne arkusze papieru z listą obywateli. Tutaj nauczyli się wykorzystywać do tych celów dobrodziejstwa techniki.Po wstępnym sprawdzeniu dokumentów, czas na wybory. Wolne i tajne wybory, jedynie z nazwy. Odcisk linii papilarnych przy nazwisku, ten sam na karcie wyborczej. Na koniec szybkie oznaczenie dobrego obywatela, czyli zanurzenie małego palca w atramencie, który jest permanentny przez ok 48h.  Po co? To nie nagroda za miłość do ojczyzny lub za wiarę w lepszą przyszłość. Przeciętny Wenezuelczyk potrafi posiadać trzy dokumenty tożsamości, ale ma tylko jedno prawo wyborcze.
W czasie wyborów w miastach wymagany jest spokój. Zakaz grupowych zebrań dotyczy nawet naszego niedzielnego oratorium dla młodzieży. Jedynie Pan Bóg nie przejmuje się wojskiem, więc jak każdego dnia, tak i dziś głośno woła i zaprasza wszystkich do kościoła. Szef może więcej!

piątek, 6 grudnia 2013

Wdowi grosz

Co robi Polak gdy zabraknie mu cukru? Idzie do sąsiadki spod trójki lub wsiada w samochód i jedzie do Tesco24h. Co robi Wenezuelczyk gdy nie ma cukru? Nie używa lub staje w kilometrowej kolejce do sklepu. Mimo, że urodziłam się w 1988 roku, dostałam dar zobaczenia jak wyglądał mój kraj w czasach komunistycznych. Wenezuela przeżywa to samo 30 lat później. Cukier, mąka, mleko to produkty na wagę złota.

 
Gdy do krajobrazu osiedlowej ulicy, niczym wklejona, dołącza stuosobowa kolejka ludzi, to znaczy, że u pobliskiego chińczyka pojawił się cukier. Kilogram na osobę to zasłużona nagroda za kilka godzin wyczekanych na słońcu. Oddzielną bajkę można napisać o mleku. Według elementarza polskiego pierwszaka mleko pochodzi od krowy. Nie wiem czego tutejsze dzieci uczą się w szkołach, ale mleko w Stanie Bolivar, gdzie żyjemy,  pochodzi od… proszku. Trzy białe sypkie skarby boliwariańskiej ziemi są cenniejsze niż wydobywane w pobliżu żelazo lub ropa. Przeciętny Wenezuelczyk nie działa na paliwo, nie żywi się pieniędzmi, a dziecięce buzie tolerują żelazo jedynie w postaci mięsa.
 
Gdy nadchodzi niedziela, ludność z pobliskich dzielnic przybywa na Mszę święta. Centrum młodzieżowe zamienia się w dom rekolekcyjny, w którym prowadzone są katechezy dla każdej grupy wiekowej. Niedziela to dzień świąteczny. Parafia tętni życiem. Jak z kipiącego garnka, wylewa się z niej radość z obcowania z Bogiem i ludźmi.  Każdy zapomina o troskach życia codziennego. Wspólnie świętujemy Dzień Pański. Na Eucharystii podczas ofiarowania parafianie składają w darach to co mają najcenniejsze. Polecają swoje rodziny. Ofiarowują chleb, wino i kosz produktów spożywczych: ryż, mąkę, mleko, cukier. Wszystko co mają ciężko zdobyte, kupione i wystane w kolejkach. Oddają swój wdowi grosz.

niedziela, 17 listopada 2013

Rolka skarbu

Wspominam czasy, gdy podczas wakacji pracowałam w supermarkecie. Pierwsza moja zmiana to nocka na dziale chemicznych. Osiem godzin sam na sam z regałem papieru toaletowego. Zapachy wirowały mi w głowie. W moim nosie tańczyła lawenda z brzoskwinią, a róża tuliła się do cytryny. Kolory drażniły tęczówkę. Od  klasycznej bieli po całą paletę pastelowych odcieni. Dwu-, trzy- warstwowe. Cienki i gruby. Rozwijany z labradorkiem lub z testującymi sprężystość mrówkami.
 
Regał z papierem toaletowym w supermarkecie w centrum Warszawy. Intensywnością kolorów przypomina pudełko z kredkami. Żółty, pomarańczowy, czerwony, niebieski, zielony, turkus…, czarny! Czy tego wymaga nowoczesna architektura wnętrz?  Odkąd pamiętam szokowało mnie dobieranie ręczników pod kolor łazienki. Papier to kolejny stopień wtajemniczenia.

 
Wenezuela. Idę na zakupy do supermarketu. Do koszyka wrzucam najpotrzebniejsze produkty. Z listy wciąż niewiele ubywa. Zakup papieru toaletowego graniczy z cudem. W tej kwestii cuda zdarzają się rzadko. W sklepie nie widzę nawet działu przeznaczonego na ten produkt. Biały, bezwonny papier toaletowy to tutejszy skarb. W Wenezueli architektura wnętrz nie obowiązuje toalet, jej obywatel tęcze ogląda jedynie po deszczu, a cytrynowy to zapach owoców.

środa, 13 listopada 2013

Perpetuum mobile

Słońce nad San Felix powoli chowa się za niziutkie domki i kolorowe płoty. Niebo przybiera kolor Fanty, a ostatnie dzieci wybiegają z oratorium. Ostatnie „Hasta mañana” i w pędzie wykonany krzyżyk na dziecięcym czole. Następnie trzy wdechy odpoczynku i czas na Eucharystię w parafialnym kościele. Wychodzę z kościoła. Wszędzie ciemno jak w najstraszniejszej jaskini. Słońce już dawno opuściło Wenezuelę.
 
 
Czy Wenezuelczycy idą już spać?! Nic bardziej mylnego! Tutaj życie jest wszędzie. Nasza dzielnica jest jak ludzkie ciało. Życie istnieje w każdym jej zakamarku. Krew buzuje w komórkach. Tętno wali jak u sprintera, który dotarł do mety zdobywając swoje pierwsze olimpijskie złoto. Dzień trwa wiecznie! Po sąsiedzku muzyka tańczy w rytmie salsy, a samochody jak mrówki przebiegają po okolicznych ulicach.  Młodzież śmieje się i żartuje do momentu, aż brama naszego centrum nie powie im dobranoc.  Szczur zakrystianin biegający po kościelnym suficie  skutecznie utrudnia odmawianie różańca. A jaszczurka z ciekawością zagląda do tabernakulum.
Gdzie jest Bóg? Każdego dnia wygrywa konkurs na króla ciszy i prezesa pokory. Mogę schować się u niego w domu. Odpocząć nieco. Bóg obecny był z nami cały dzień. W oratorium pilnie notował słówka z angielskiego, liczył przykłady z matematyki, grał w kikimbola, strzelał gole grając w nogę. Na koniec dnia, gdy wenezuelska noc włącza play, klękam do modlitwy. Krótka rozmowa z pracowitym Bogiem. Na koniec tylko jedno: „Dobrej nocy Boże! Idę spać, ale proszę nie zaśnij i opiekuj się rozespanymi Polakami”.
Bóg nie odpoczywa. Gdy moje powieki opadają ciężko na oczy, a w mojej głowie rozpoczyna się eNeMeF moich snów, Bóg zabiera się do roboty na kolejnym etacie. Ostatnia tej nocy poprawka kołdry, strzepanie poduszki i pobudka stoczniowców do pracy. Polska powoli budzi się ze snu. Bóg nie odpoczywa! Bóg jest perpetuum mobile- zawsze na chodzie!

piątek, 1 listopada 2013

Wenezuelscy WF’iści


Wtorek 22 października ląduje na wenezuelskiej ziemi. Kilka godzin przerwy w Caracas, po której widzę znajomą twarz. Zdyszany ksiądz Stasiu wpada na lotnisku niczym pchnięty przez tłum protestujących związkowców. Samolot spóźnił się dwie godziny. Szybkie przywitanie i już wiem, że jestem w dobrych rękach.

Samoloty do Puerto Ordaz, miejscowości obok której znajduje się placówka, odlatują z terminalu obok. Budynek ten przypomina z wyglądu polski dworzec autobusowy. A kontrola bezpieczeństwa pozostawia wiele do życzenia. Podczas oczekiwania dowiadujemy się, że samolot może być opóźniony. To tutaj standard! Z godzinnym opóźnienie dolatujemy do Puerto Ordaz, gdzie czeka na nas komitet powitalny. Paulina, Agnieszka i pewna zaprzyjaźniona wenezuelska rodzina. Nie zabrakło flagi polski. Zza Agnieszki wyłania się mała Sofii, wręcza laurkę i rozpoczyna „100 pytań do…”. Z mojej strony może liczyć na odpowiedzi uśmiechem, bo niewiele rozumiałam. Wspólnie jedziemy do San Felix.


Misja na placówce czas zacząć! Ksiądz prowadzi mnie jak po labiryncie. Niepewnie stawiam każdy krok. Jest już bardzo późno, więc moja obawa językowa i ja mamy nadzieję, że nikogo już nie spotkamy. Jestem zmęczona! Zaglądamy do kuchni na szybką kolację. I zonk! Trafiamy na dwóch mężczyzn. Czuję się, jakby wszyscy mnie znali. Każdy zna moje imie. Wie, że dziś miałam przyjechać. Szybka wymiana imion. I powitanie zaliczone. W głowie nie pozostaje nic. Jedynie zastanawiam się dlaczego Ci ludzie pracują tutaj tak późno. Po chwili przychodzą dziewczyny i zabierają do pokoju na odpoczynek. Stres opada jak po ustnej maturze.

Następnego dnia odsypiam podróż. Dziewczyny od rana rozdają ulotki po szkołach zapraszając dzieci do oratorium. Na śniadanie idę sama. Zastanawiam się czy trafię do kuchni. Pęk kluczy, który od tego momentu stał się moim przyjacielem ma mi pomóc w pokonaniu kilku par drzwi i krat. Po drodze spotykam kolejnego mężczyznę. Na widok jego kibicowskiej koszulki FC Barcelony na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Jest temat do rozmowy. Po stroju sądzę, że to pan WF’ista z oratorium lub szkoły. Jego dresowe spodnie upewniają mnie w tym przekonaniu.

Podczas pierwszego wspólnotowego obiadu doznaje szoku. Wszyscy mężczyźni spotkani na placówce podczas ostatnich godzin to moja nowa rodzina. To wenezuelscy księża, którzy kochają dzieci i młodzież. Chcą być  jak ksiądz Bosko. To brat zakonny, który wieczorami gra z chłopakami w siatkówkę i troszczy się o ich wychowanie w szkole technicznej. To wenezuelscy WF’iści, którzy trenują młode serca!