piątek, 1 listopada 2013

Wenezuelscy WF’iści


Wtorek 22 października ląduje na wenezuelskiej ziemi. Kilka godzin przerwy w Caracas, po której widzę znajomą twarz. Zdyszany ksiądz Stasiu wpada na lotnisku niczym pchnięty przez tłum protestujących związkowców. Samolot spóźnił się dwie godziny. Szybkie przywitanie i już wiem, że jestem w dobrych rękach.

Samoloty do Puerto Ordaz, miejscowości obok której znajduje się placówka, odlatują z terminalu obok. Budynek ten przypomina z wyglądu polski dworzec autobusowy. A kontrola bezpieczeństwa pozostawia wiele do życzenia. Podczas oczekiwania dowiadujemy się, że samolot może być opóźniony. To tutaj standard! Z godzinnym opóźnienie dolatujemy do Puerto Ordaz, gdzie czeka na nas komitet powitalny. Paulina, Agnieszka i pewna zaprzyjaźniona wenezuelska rodzina. Nie zabrakło flagi polski. Zza Agnieszki wyłania się mała Sofii, wręcza laurkę i rozpoczyna „100 pytań do…”. Z mojej strony może liczyć na odpowiedzi uśmiechem, bo niewiele rozumiałam. Wspólnie jedziemy do San Felix.


Misja na placówce czas zacząć! Ksiądz prowadzi mnie jak po labiryncie. Niepewnie stawiam każdy krok. Jest już bardzo późno, więc moja obawa językowa i ja mamy nadzieję, że nikogo już nie spotkamy. Jestem zmęczona! Zaglądamy do kuchni na szybką kolację. I zonk! Trafiamy na dwóch mężczyzn. Czuję się, jakby wszyscy mnie znali. Każdy zna moje imie. Wie, że dziś miałam przyjechać. Szybka wymiana imion. I powitanie zaliczone. W głowie nie pozostaje nic. Jedynie zastanawiam się dlaczego Ci ludzie pracują tutaj tak późno. Po chwili przychodzą dziewczyny i zabierają do pokoju na odpoczynek. Stres opada jak po ustnej maturze.

Następnego dnia odsypiam podróż. Dziewczyny od rana rozdają ulotki po szkołach zapraszając dzieci do oratorium. Na śniadanie idę sama. Zastanawiam się czy trafię do kuchni. Pęk kluczy, który od tego momentu stał się moim przyjacielem ma mi pomóc w pokonaniu kilku par drzwi i krat. Po drodze spotykam kolejnego mężczyznę. Na widok jego kibicowskiej koszulki FC Barcelony na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Jest temat do rozmowy. Po stroju sądzę, że to pan WF’ista z oratorium lub szkoły. Jego dresowe spodnie upewniają mnie w tym przekonaniu.

Podczas pierwszego wspólnotowego obiadu doznaje szoku. Wszyscy mężczyźni spotkani na placówce podczas ostatnich godzin to moja nowa rodzina. To wenezuelscy księża, którzy kochają dzieci i młodzież. Chcą być  jak ksiądz Bosko. To brat zakonny, który wieczorami gra z chłopakami w siatkówkę i troszczy się o ich wychowanie w szkole technicznej. To wenezuelscy WF’iści, którzy trenują młode serca!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz