Wtorek
22 października ląduje na wenezuelskiej ziemi. Kilka godzin przerwy w Caracas,
po której widzę znajomą twarz. Zdyszany ksiądz Stasiu wpada na lotnisku niczym
pchnięty przez tłum protestujących związkowców. Samolot spóźnił się dwie
godziny. Szybkie przywitanie i już wiem, że jestem w dobrych rękach.
Samoloty
do Puerto Ordaz, miejscowości obok której znajduje się placówka, odlatują z
terminalu obok. Budynek ten przypomina z wyglądu polski dworzec autobusowy. A
kontrola bezpieczeństwa pozostawia wiele do życzenia. Podczas oczekiwania
dowiadujemy się, że samolot może być opóźniony. To tutaj standard! Z godzinnym
opóźnienie dolatujemy do Puerto Ordaz, gdzie czeka na nas komitet powitalny.
Paulina, Agnieszka i pewna zaprzyjaźniona wenezuelska rodzina. Nie zabrakło
flagi polski. Zza Agnieszki wyłania się mała Sofii, wręcza laurkę i rozpoczyna
„100 pytań do…”. Z mojej strony może liczyć na odpowiedzi uśmiechem, bo
niewiele rozumiałam. Wspólnie jedziemy do San Felix.
Misja
na placówce czas zacząć! Ksiądz prowadzi mnie jak po labiryncie. Niepewnie
stawiam każdy krok. Jest już bardzo późno, więc moja obawa językowa i ja mamy
nadzieję, że nikogo już nie spotkamy. Jestem zmęczona! Zaglądamy do kuchni na
szybką kolację. I zonk! Trafiamy na dwóch mężczyzn. Czuję się, jakby wszyscy
mnie znali. Każdy zna moje imie. Wie, że dziś miałam przyjechać. Szybka wymiana
imion. I powitanie zaliczone. W głowie nie pozostaje nic. Jedynie zastanawiam
się dlaczego Ci ludzie pracują tutaj tak późno. Po chwili przychodzą dziewczyny
i zabierają do pokoju na odpoczynek. Stres opada jak po ustnej maturze.
Następnego
dnia odsypiam podróż. Dziewczyny od rana rozdają ulotki po szkołach zapraszając
dzieci do oratorium. Na śniadanie idę sama. Zastanawiam się czy trafię do kuchni.
Pęk kluczy, który od tego momentu stał się moim przyjacielem ma mi pomóc w
pokonaniu kilku par drzwi i krat. Po drodze spotykam kolejnego mężczyznę. Na
widok jego kibicowskiej koszulki FC Barcelony na mojej twarzy pojawia się
uśmiech. Jest temat do rozmowy. Po stroju sądzę, że to pan WF’ista z oratorium
lub szkoły. Jego dresowe spodnie upewniają mnie w tym przekonaniu.
Podczas
pierwszego wspólnotowego obiadu doznaje szoku. Wszyscy mężczyźni spotkani na
placówce podczas ostatnich godzin to moja nowa rodzina. To wenezuelscy księża,
którzy kochają dzieci i młodzież. Chcą być
jak ksiądz Bosko. To brat zakonny, który wieczorami gra z chłopakami w
siatkówkę i troszczy się o ich wychowanie w szkole technicznej. To wenezuelscy
WF’iści, którzy trenują młode serca!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz