Wspominam
czasy, gdy podczas wakacji pracowałam w supermarkecie. Pierwsza moja zmiana to
nocka na dziale chemicznych. Osiem godzin sam na sam z regałem papieru
toaletowego. Zapachy wirowały mi w głowie. W moim nosie tańczyła lawenda z
brzoskwinią, a róża tuliła się do cytryny. Kolory drażniły tęczówkę. Od klasycznej bieli po całą paletę pastelowych
odcieni. Dwu-, trzy- warstwowe. Cienki i gruby. Rozwijany z labradorkiem lub z
testującymi sprężystość mrówkami.
Regał
z papierem toaletowym w supermarkecie w centrum Warszawy. Intensywnością
kolorów przypomina pudełko z kredkami. Żółty, pomarańczowy, czerwony,
niebieski, zielony, turkus…, czarny! Czy tego wymaga nowoczesna architektura wnętrz? Odkąd pamiętam szokowało mnie dobieranie
ręczników pod kolor łazienki. Papier to kolejny stopień wtajemniczenia.
Wenezuela.
Idę na zakupy do supermarketu. Do koszyka wrzucam najpotrzebniejsze produkty. Z
listy wciąż niewiele ubywa. Zakup papieru toaletowego graniczy z cudem. W tej
kwestii cuda zdarzają się rzadko. W sklepie nie widzę nawet działu
przeznaczonego na ten produkt. Biały, bezwonny papier toaletowy to tutejszy
skarb. W Wenezueli architektura wnętrz nie obowiązuje toalet, jej obywatel tęcze
ogląda jedynie po deszczu, a cytrynowy to zapach owoców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz