Dziewięcioletni
chłopak, któremu śni się scena rodem z gry komputerowej lub z wieczorynki dla
najmłodszych. Nastolatek, który przyciąga rówieśników chodząc po linie i który wykorzystuje
każdą okazję, aby przybliżyć ich do Boga. Kapłan niegrzeszący wzrostem, mający
wielkie serce dla młodzieży. Był, i nadal jest, ojcem dla młodych całego
świata, pomimo, że stracił ojca mając zaledwie dwa lata.
Chciałoby
się powiedzieć, że duch salezjański wieje gdzie chce. Przywiał salezjanów także
i tutaj, do San Félix. W dzielnice
niebezpieczne, gdzie „nie pięściami, lecz miłością i łagodnością” mają zdobywać
młode serca. Gdzie nieraz brakuje nadziei, prawdziwej radości i chęci do
prawego życia.
Fiesta
księdza Bosco to dzień szczególny dla salezjanów w całym świecie. To patron
zgromadzenia i niejednej parafii w świecie. Także i naszej w San Félix. Więc świętujemy podwójnie. Dzieciaki w
oratorium zostały przeszkolone w każdą stronę kim był ksiądz Bosko. Umieją
rozpoznać Go na zdjęciach. A gdy zadaję pytanie „kiedy urodził się…” krzyczą
bez oddechu datę narodzin i śmierci księdza Bosko. Nie mają z tym problemu. Wiedzą
dlaczego akurat 31 stycznia jest dniem Jana Bosko. Jest im jak ojciec i
wychowawca. Jakby jeden z animatorów, któremu zawdzięczają dużo, ale z którym
nie mieli okazji zagrać w baseball.
Jeden
dzień zabawy to dla przeciętnego Wenezuelczyka to zbyt krótko, dlatego świętowaliśmy
cztery dni. Rozpoczynając od wigilii, przez oficjalne obchody, po festyn
parafialny w weekend. Nie zabrakło wspólnych Eucharystii każdego dnia, ani
przemarszu przez miastu demonstrującego naszą chlubę z bycia wychowankami
salezjańskimi. Festyn nie mógł odbyć się bez tradycyjnych tańców i śpiewów, także
gry w baseball’a i wspólnej zupy z festynowego gara. Wszystko w duchu radości,
której nauczył nas nasz święty patron. Sam powtarzał „bądźcie radości, bo
szatan boi się ludzi radosnych”.
Jeśli
nie znasz księdza Bosko, zrób wszystko, aby Go poznać. Jeśli znasz, podziel się
Nim z innymi. Wiesz jaki to skarb dla Ciebie, więc podziel się swoją radością z
innymi.
Bogu dzięki za każdego salezjanina w moim życiu. Tego, który mnie
ochrzcił, którego nie znam. Za tych,
którzy udzielali, udzielają i będą mi udzielać innych sakramentów. Za tych, z
którymi mogę się śmiać grając w „Owocki”. Z którymi mogę się modlić żarliwie w małej
przydrożnej kapliczce, wielkiej bazylice i na przypadkowym skrzyżowaniu. Dziękuję,
za każde salezjańskie słówko, które przywołało mnie do porządku lub rozbawiło
moją zachmurzoną buzię. Za każdego z którymi mogłam kroczyć na Jasną Górę,
trzymając za różaniec i tańcząc „Qué si, qué no”. Tym,
którzy przeżyli ze mną niejedne rekolekcje i szalone wyjazdy. Tym, z którymi
teraz pracuję, odkrywając moje wenezuelskie drogi. Tym, dzięki którym mam
niezastąpionych przyjaciół, a przede wszystkim Boga. Dziękuję, że jesteście!
Księże Tomku, Michale, Leszku, Przemku, Darku, Tadziu, Jacku, Januszu, , Adamie,
Maćku, Romku, Stasiu, Waldemarze, Victor, William, Mariuszu, Bartku, Grzegorzu. Za każdego kleryka i brata salezjanina,
Grzesiu, Krzysiu, Tomku i Liborio. Dobrze, że jesteście!
P.S.
Jeśli jesteś salezjaninem i nie znalazłeś swojego imienia, nie martw się! Tobie
w sposób szczególny dziękuję!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz