Lubię
piątki i to nie dlatego, że zaczyna się weekend. To jedyny dzień, w którym nie
mam ani minuty siesty, a obiad pochłaniam w pięć minut. Lubię ten dzień, bo od
biegania serce mi szybciej wali i krew buzuje w ciele. Niby dzień jak każdy
inny. Wstaje rano na wspólnotową modlitwę, aby rozpocząć dzień z Bogiem. Potem
szybka arepa i lechosa, czyli wenezuelskie wydanie chleba i soku. I przez dwa
boiska zbiegam do szkoły. Każdy dzień tutaj rozpoczyna się salezjańskim
słówkiem i krótką modlitwą. A w piątki także apel patriotyczny z elementami
historycznymi i odśpiewania hymnu narodowego.
O
ósmej zaczynamy naukę. Na moją lekcję mogą przyjść uczniowie, którzy mają
problemy z matematyką lub inną materią. Niektórzy z nich nie umieją czytań, nie znają liter i numerów. To wielka radość, gdy po pewnym czasie nauki słyszę od
uczniów, że zaliczyli sprawdzian. W przerwie zaś spędzamy wspólnie czas na graniu w
siatkówkę lub rozmawianiu. W każdy piątek mam możliwość uczestnictwa wraz z
młodzieżą we Mszy Świętej. To trudny moment dla wszystkich jej uczestników.
Większość uczniów nie jest katolikami, a na pewno niepraktykującymi. Część z
nich to ewangelicy, pseudo ewangelicy lub po prostu niewierzący.
Pamiętam
dobrze moje pierwsze dni w tej szkole. Pierwsze piątki, kiedy czułam się jak w
ZOO, tylko nie wiem dlaczego to ja byłam zwierzątkiem w klatce. Wszyscy
podchodzili, oglądali i komentowali między sobą. Idąc do komunii podczas
Eucharystii musiałam brać trzy głębokie wdechy, aby w skupieniu pokonać
niewielki odcinek drogi dzielący mnie od kapłana. Gwizdom i komentarzom nie
było końca.
Minęło
pięć miesięcy. Młodzież przychodzi porozmawiać na przerwach. Chętnie spędzamy
wspólnie czas. Traktują mnie normalnie. Jak osobę. Mimo odmienności wyznań,
wszyscy uczniowie są obecni na Mszy świętej, a na koniec przekazują sobie znak
pokoju. Nie ważne ile kto ma lat, jaki kolor skóry, oczu i włosów, czy jest
nauczycielem czy uczniem. Panuje tam przyjacielska atmosfera.
Wreszcie
przychodzi czas na kluby. To dla młodzieży czas na zabawę, a dla niektórych
naukę. Każdy wybiera zajęcia które lubi. Wariantów jest sporo; od
różnych rodzajów sportu, gier, po matematykę, angielski i tańce. Tym akcentem
kończymy dzień i jednocześnie tydzień nauki w szkole. Już tęsknie za tym co się
wydarzyło i czekam na kolejny tydzień.
Wracam
spełniona do domu, czyli do Centrum Młodzieżowego. Niemal z prędkością światła
pochłaniam obiad, bo spełniona jest jedynie połowa mojego serca. Ta
przeznaczona dla młodzieży. Druga część czeka na dzieci z oratorium. W piątek,
jak każdego dnia przychodzą chętnie. Odrabiają lekcje ze szkoły, mimo, że mają
początek weekendu. Uczymy się nowych rzeczy, wspólnie gramy i bawimy się. To tu
dzieci, które przyszły do oratorium kilka tygodni lub miesięcy temu mają swoich
przyjaciół. Żyjemy tu jak w rodzinie. Nie ważne jest ile kto ma lat; 5, 9 czy
12.
Lubię
piątki, bo każdą moją ostatnią siłę mogę poświęcić tym, do których zostałam
posłana. Ostatnią siłę…przed kolejną, którą otrzymuje od Boga!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz