Narodził
się ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem. Wraz ze swoją rodziną żył w
Nazarecie, a ostatnie trzy lata życia spędził na wędrowaniu i nauczaniu o
Królestwie Bożym po obecnym terytorium Izraelu. Po Jego śmierci głoszenie
Ewangelii przejęli Jego uczniowie, którzy mówili “my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli.” (Dz 4, 20). I
tak mamy rok 2014. Chrystus Zmartwychwstał i żyje w Nas, chrześcijanach. Żyje w
Ziemi Świętej wśród Żydów i Muzułmanów. Żyje w Europie, która szczyci się
korzeniami chrześcijańskimi, a w której tak bardzo brakuje dziś wiary. Żyje w
Azji, gdzie wyznawcy Chrystusa cierpią prześladowania i giną za wiarę. Ale żyje
i tutaj w Ameryce. Zarówno w bogatych Stanach Zjednoczonych, jak i wśród
Indian.
Jedziemy w głąb Wenezueli. Droga dłuży się i nie
należy do najprzyjemniejszych. Pomimo wenezuelskiej potęgi ropy naftowej, nie
każdy skrawek drogi jest pokryty asfaltem. Towarzyszą nam niezliczone zakręty,
a autobus można zaliczyć jedynie do klasy „Wiejski PKS lat ‘90”. Po
czternastogodzinnej podróży docieramy do Amazonii, a bardziej do stolicy stanu,
który nosi taką nazwę. Wygląda zwyczajnie. Miasto jak miasto. Jedynie ludzie
mają trochę inne rysy twarzy. Wszyscy biegają w wenezuelskim aktualnym stroju
narodowym, czyli w jeansach.
Nie mijają nawet trzy godziny, po których
dowiadujemy się, że wraz z jednym salezjaninem wybieramy się na Isla Raton.
Podróży ciąg dalszy. Dwugodzinny wyścig samochodem po lokalnych kręciołkach. W
trakcie potrójna rewizja wojska, które dba o bezpieczeństwo obywateli. Przecież
dwie półtorametrowe polki z wielkimi plecakami na pewno przemycają słonia i
trzy żyrafy. Docieramy do niewielkiego portu na Orinoko, z którego przy pomocy
małej motorówki docieramy do celu. Kilka minut marszy i przed nami maluje się misja
salezjańska. Chciałoby się powiedzieć: rodzina w komplecie. Po prawej stronie
kościół, na wprost Salezjanie z internatem dla chłopców i szkołą dla młodzieży,
po lewej dom Sióstr Salezjanek i internat dla dziewczyn z okolicznych wiosek.
Zatrzymujemy się u sióstr. Jedna
siedemdziesięcioosobowa sypialnia. Skąd wiemy, że aż tyle osób pomieści? Bo
tyle haczyków na hamaki znajduje się w pomieszczeniu. Znajdują się w odległości
jednego metra każdy. Do tego jedna dosyć spora łazienka, w której jak słyszymy
od siostry, że możemy się umyć; dziewczyny preferują kąpiel w rzece każdego poranka.
Tam również myją zęby i piorą ubrania, które swoją objętością zajęłyby torebkę
przeciętnej gimnazjalistki.
Gdzie Ty Boże dotarłeś?! Tu, gdzie dla Europejczyka
lub Amerykana te dziewczyny to zwyczajne dzikuski, jak Pocahontas. Gdzie nie ma
ani jednego samochodu. Kto Cię tutaj przyniósł? Kto miał na to pomysł? To także
tutaj powstał Twój kościół, ludzie pomagają ludziom i żyją normalnie.
Po nocy spędzonej w hamaku, wraz z włoskim
misjonarzem wyruszamy jeszcze dalej. Motorówką pokonujemy dwugodzinną podróż
rzeką. Jedziemy w nieznane, czyli do Wspólnoty Grulla. Tak, wspólnoty! Tu nie
używają słowa wioska indiańska. To grupa ludzi, która rodzi się, żyje i
umiera wspólnie. Dzieci wspólnie się bawią, młodzież zakochuje, matki rodzą
dzieci, ojcowie pracują, a żony gotują coś z niczego. Docieramy do misji
salezjańskiej w tej wspólnocie. Przed drzwiami czekają na księdza dzieci, dla
których On jest jak dziadek. Drzwi Jego domu przez cały czas naszego pobytu
są otwarte. Każdy może przyjść, usiąść przy stole i porozmawiać. Jedzenie na
misji zawsze szykowane jest na nieograniczoną ilość osób. Trzeba liczyć się z
nieoczekiwanymi odwiedzinami.
Spacerując po okolicy czuję się dobrze. Niezależnie
od pory dnia czy nocy w każdym mogę dostrzec przyjaciela. To Bóg jest w każdym
z nich. W biegających dzieciach, grającej młodzieży czy dorosłych spacerujących
po drodze. On jest wspaniałomyślny i wezwał holenderskiego misjonarza do pracy
we wspólnocie Grulla. To przez jego ręce i serce Bóg zamieszkał w tej
wspólnocie. Ma tam swój dom, obdarza pokojem i rozlewa miłość. Na krańcu świata
żyją chrześcijanie, którzy mogliby być dla nas przykładem we wzajemnym
miłowaniu się.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz