niedziela, 17 listopada 2013

Rolka skarbu

Wspominam czasy, gdy podczas wakacji pracowałam w supermarkecie. Pierwsza moja zmiana to nocka na dziale chemicznych. Osiem godzin sam na sam z regałem papieru toaletowego. Zapachy wirowały mi w głowie. W moim nosie tańczyła lawenda z brzoskwinią, a róża tuliła się do cytryny. Kolory drażniły tęczówkę. Od  klasycznej bieli po całą paletę pastelowych odcieni. Dwu-, trzy- warstwowe. Cienki i gruby. Rozwijany z labradorkiem lub z testującymi sprężystość mrówkami.
 
Regał z papierem toaletowym w supermarkecie w centrum Warszawy. Intensywnością kolorów przypomina pudełko z kredkami. Żółty, pomarańczowy, czerwony, niebieski, zielony, turkus…, czarny! Czy tego wymaga nowoczesna architektura wnętrz?  Odkąd pamiętam szokowało mnie dobieranie ręczników pod kolor łazienki. Papier to kolejny stopień wtajemniczenia.

 
Wenezuela. Idę na zakupy do supermarketu. Do koszyka wrzucam najpotrzebniejsze produkty. Z listy wciąż niewiele ubywa. Zakup papieru toaletowego graniczy z cudem. W tej kwestii cuda zdarzają się rzadko. W sklepie nie widzę nawet działu przeznaczonego na ten produkt. Biały, bezwonny papier toaletowy to tutejszy skarb. W Wenezueli architektura wnętrz nie obowiązuje toalet, jej obywatel tęcze ogląda jedynie po deszczu, a cytrynowy to zapach owoców.

środa, 13 listopada 2013

Perpetuum mobile

Słońce nad San Felix powoli chowa się za niziutkie domki i kolorowe płoty. Niebo przybiera kolor Fanty, a ostatnie dzieci wybiegają z oratorium. Ostatnie „Hasta mañana” i w pędzie wykonany krzyżyk na dziecięcym czole. Następnie trzy wdechy odpoczynku i czas na Eucharystię w parafialnym kościele. Wychodzę z kościoła. Wszędzie ciemno jak w najstraszniejszej jaskini. Słońce już dawno opuściło Wenezuelę.
 
 
Czy Wenezuelczycy idą już spać?! Nic bardziej mylnego! Tutaj życie jest wszędzie. Nasza dzielnica jest jak ludzkie ciało. Życie istnieje w każdym jej zakamarku. Krew buzuje w komórkach. Tętno wali jak u sprintera, który dotarł do mety zdobywając swoje pierwsze olimpijskie złoto. Dzień trwa wiecznie! Po sąsiedzku muzyka tańczy w rytmie salsy, a samochody jak mrówki przebiegają po okolicznych ulicach.  Młodzież śmieje się i żartuje do momentu, aż brama naszego centrum nie powie im dobranoc.  Szczur zakrystianin biegający po kościelnym suficie  skutecznie utrudnia odmawianie różańca. A jaszczurka z ciekawością zagląda do tabernakulum.
Gdzie jest Bóg? Każdego dnia wygrywa konkurs na króla ciszy i prezesa pokory. Mogę schować się u niego w domu. Odpocząć nieco. Bóg obecny był z nami cały dzień. W oratorium pilnie notował słówka z angielskiego, liczył przykłady z matematyki, grał w kikimbola, strzelał gole grając w nogę. Na koniec dnia, gdy wenezuelska noc włącza play, klękam do modlitwy. Krótka rozmowa z pracowitym Bogiem. Na koniec tylko jedno: „Dobrej nocy Boże! Idę spać, ale proszę nie zaśnij i opiekuj się rozespanymi Polakami”.
Bóg nie odpoczywa. Gdy moje powieki opadają ciężko na oczy, a w mojej głowie rozpoczyna się eNeMeF moich snów, Bóg zabiera się do roboty na kolejnym etacie. Ostatnia tej nocy poprawka kołdry, strzepanie poduszki i pobudka stoczniowców do pracy. Polska powoli budzi się ze snu. Bóg nie odpoczywa! Bóg jest perpetuum mobile- zawsze na chodzie!

piątek, 1 listopada 2013

Wenezuelscy WF’iści


Wtorek 22 października ląduje na wenezuelskiej ziemi. Kilka godzin przerwy w Caracas, po której widzę znajomą twarz. Zdyszany ksiądz Stasiu wpada na lotnisku niczym pchnięty przez tłum protestujących związkowców. Samolot spóźnił się dwie godziny. Szybkie przywitanie i już wiem, że jestem w dobrych rękach.

Samoloty do Puerto Ordaz, miejscowości obok której znajduje się placówka, odlatują z terminalu obok. Budynek ten przypomina z wyglądu polski dworzec autobusowy. A kontrola bezpieczeństwa pozostawia wiele do życzenia. Podczas oczekiwania dowiadujemy się, że samolot może być opóźniony. To tutaj standard! Z godzinnym opóźnienie dolatujemy do Puerto Ordaz, gdzie czeka na nas komitet powitalny. Paulina, Agnieszka i pewna zaprzyjaźniona wenezuelska rodzina. Nie zabrakło flagi polski. Zza Agnieszki wyłania się mała Sofii, wręcza laurkę i rozpoczyna „100 pytań do…”. Z mojej strony może liczyć na odpowiedzi uśmiechem, bo niewiele rozumiałam. Wspólnie jedziemy do San Felix.


Misja na placówce czas zacząć! Ksiądz prowadzi mnie jak po labiryncie. Niepewnie stawiam każdy krok. Jest już bardzo późno, więc moja obawa językowa i ja mamy nadzieję, że nikogo już nie spotkamy. Jestem zmęczona! Zaglądamy do kuchni na szybką kolację. I zonk! Trafiamy na dwóch mężczyzn. Czuję się, jakby wszyscy mnie znali. Każdy zna moje imie. Wie, że dziś miałam przyjechać. Szybka wymiana imion. I powitanie zaliczone. W głowie nie pozostaje nic. Jedynie zastanawiam się dlaczego Ci ludzie pracują tutaj tak późno. Po chwili przychodzą dziewczyny i zabierają do pokoju na odpoczynek. Stres opada jak po ustnej maturze.

Następnego dnia odsypiam podróż. Dziewczyny od rana rozdają ulotki po szkołach zapraszając dzieci do oratorium. Na śniadanie idę sama. Zastanawiam się czy trafię do kuchni. Pęk kluczy, który od tego momentu stał się moim przyjacielem ma mi pomóc w pokonaniu kilku par drzwi i krat. Po drodze spotykam kolejnego mężczyznę. Na widok jego kibicowskiej koszulki FC Barcelony na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Jest temat do rozmowy. Po stroju sądzę, że to pan WF’ista z oratorium lub szkoły. Jego dresowe spodnie upewniają mnie w tym przekonaniu.

Podczas pierwszego wspólnotowego obiadu doznaje szoku. Wszyscy mężczyźni spotkani na placówce podczas ostatnich godzin to moja nowa rodzina. To wenezuelscy księża, którzy kochają dzieci i młodzież. Chcą być  jak ksiądz Bosko. To brat zakonny, który wieczorami gra z chłopakami w siatkówkę i troszczy się o ich wychowanie w szkole technicznej. To wenezuelscy WF’iści, którzy trenują młode serca!