czwartek, 9 stycznia 2014

Wieża Babel

Ostatnią godzinę przed wyjazdem spędziłyśmy w kościele. Podczas mszy pod kościół podjeżdża autobus wyglądający jak polski odpowiednik bibobusu, czyli to za co niejedna przyjaciółeczka przyszłej panny młodej płaci na wieczorze panieńskim lub bogaty nastolatek za osiemnastkę. Skład grupy: gringos (amerykanie), niewielki dodatek Wenezuelczyków i dwie polki. Wyruszamy na Gran Sabane. Poza samym faktem wyjazdu nie wiem nic więcej. Jadę!


Wszystko takie dziwne. Od kilkunastu tygodni świat krzyczy do mnie po hiszpańsku. Nawet coraz więcej rozumiem. Przyzwyczaiłam się, że usłyszenie mojego  imienia z ust Wenezuelczyka jest tak częste jak pojawienie się w sklepie mleka, w proszku jedynie rzecz jasna. Rzadko, ale bardzo cenne. Jedynym, który próbuje się zmierzyć z językiem polskim jest Eduardo, który ciągle powtarza „lubię twój dres”.
 
Ten weekend był inny. Mrygające w rytm muzyki światełka mieszały się z międzynarodowymi przebojami. Kalifornijski rock przeplatany klasyczną salsą odzwierciedlały charakter naszego wyjazdu. Do moich uszu trafia mix dźwięków. Przebojem najmilszym dla mnie był język polski  w towarzystwie salsy i merengue. Za nim w pogoń udawały się słówka hiszpańskie  z mocno zmęczonym angielskim. Tak rozpoczęłam pierwszy weekend nowego roku.

Mieszanka kultur i języków. Każde imię jeszcze trudniejsze do powtórzenia niż poprzednie. Amerykański zaciesz i robienie harmonicznego „wow” na wszystko co się ruszy to nie jedynie legenda zawarta w niemal każdym filmie z collegem z internatem w roli głównej. Dociera do mnie, że zaprzyjaźniony Padre Santiago jest faktycznie Father James’em, a w polskiej rzeczywistości  to zwyczajny ksiądz Jakub. A białe wf’owe koszulki amerykanów wzbudzają we mnie uśmiech, gdyż kojarzą mi się z „High School Musical” lub ramówką  „Disney Channel”.
 
Wiecznie nurtowało mnie skąd wziął się u Pana Boga pomysł na podział językowy przy budowie wieży Babel. Chciał przeszkodzić ludziom w budowie? Mógł wywołać pożar albo zrzucić ludzi z wieży, żeby się połamali. Innym pomysłem był potop, ale Noe zarezerwował wcześniej. Więc Bóg postanowił wymieszać wszystkie języki świata.

Bóg miał pomysł na urozmaicenie życia na ziemi. Miał pomysł na hobby dla wielu z nas. Miał pomysł na interesujące podróżowanie, na wyćwiczenie mięśni rąk przy okazji rozmów z ich użyciem. Miał pomysł na podział ludzkości, który sprawia, że jesteśmy tacy różni i ciekawi. Miał pomysł na pracę dla językowców i na naukę dla młodych ludzi. Miał pomysł Twojego życia w Polsce, Niemczech, Rosji, Wenezueli, Peru, Zambii, Anglii, Irlandii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych, Norwegii, Turcji czy w jakimkolwiek innej części świata. Miał pomysł na Ciebie.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

525 600

Jedna minuta to prawie nic. To czas oczekiwania na zagotowanie się wody w czajniku elektrycznym lub na przyjazd autobusu miejskiego. O tym, że minuta to prawie nic, myśli wielu z nas. Co w przypadku, gdy mija 525 600 minut Twojego życia, a Ty masz znowu o kolejny rok więcej w swojej historii.

Polski telewizor zapewne zachęca do spędzenia ostatniej nocy tego roku z jedynką, dwójką lub Polsatem, a markety organizują wyprzedaż wyprzedaży, bo zawsze jest okazja zwieść klientów. Ty, albo szykujesz kreacje, albo jeszcze zastanawiasz się co ze sobą zrobisz tego wieczoru, bo przecież nie wypada zostać w domu. Może masz od dawna zaplanowane ostatnie godziny tego roku i wraz z przyjaciółmi oczekujecie dobrej zabawy.

Wenezuelski sylwester to święto rodzinne. Każdy Wenezuelczyk, nie zależnie czy ma pięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat, niezależnie czy mieszka w UD-145, w jednej z najniebezpieczniejszej dzielnicy San Felix, czy w pobliskiej Alta Vista, ociekającej luksusem i pięknem, każdy wie, że imieniny Sylwestra spędza z najbliższymi.
 
Moje ostatnie 525 600 minut układam w album wspomnień. Ostatni rok inaugurowałam w srebrnej sukienki w kwiatki na szczecińskim parkiecie, tańcząc wraz z przyjaciółmi „Ona tańczy dla mnie” i wznosząc toast za ten rok. Ale to nie szampan sprawił, że był on udany. To nie sprawka szczęśliwej gwiazdy, ani też nie zasługa odpowiedniego horoskopu na ten rok. To On, Bóg, Ojciec i Przyjaciel jest źródłem szczęścia i Miłości. Musisz jedynie chcieć być szczęśliwy! Czy to kwestia wiary? Nie sądzę. Mam wiarę słabą jak kartka papieru. Każdego dnia obawiam się, czy wytrzyma kolejne testy ciężkich głazów, które chcą go rozszarpać. Wiara sama nic nie może. Jest samotna i bez życia! Zaś z odrobiną nadziei, prostej i czasami naiwnej, działa w życiu małe cuda, a przy udziale miłości pozwala nam je dostrzegać.

Jeśli nie wyszło Ci w tym roku, masz jeszcze szansę. Kolejna edycja plebiscytu na najszczęśliwszy rok startuje już za kilka godzin. Powodzenia!

czwartek, 26 grudnia 2013

Pusty żłóbek


-Co się jada w Polsce podczas świąt?
-Według tradycji na wigilijnym polskim stole znajduje się 12 potraw!- odpowiadamy, obserwując powiększające się ze zdziwienia oczy na niejednej wenezuelskiej twarzy.
Czy ilość jedzenia na stole jest dla Ciebie najważniejsza? Czy mimo kończących się świąt twoja lodówka wciąż się nie domyka. Trudno! Pewnie zastanawiasz się co my tutaj jemy i czy nie brakuje nam jedzenia. Nie, nie chodzę głodna, a dzieci nie mają opuchniętych z głodu brzuszków. Chociaż, fakt, niedożywionych buziek na co dzień tutaj nie brakuje.


Na święta każdy Wenezuelczyk zjada jedną, dwie…lub pięć hallacas, w zależności od głodu, a bardziej od zamiłowania do jedzenia. Do tego sałatkę z kurczakiem, zagryzana chlebem z szynką, oliwkami i rodzynkami. A co zjada Polak w Wenezueli? To samo. Ta tradycyjna świąteczna, a bardziej grudniowa, potrawa towarzyszy nam już od końca listopada. To główny gość każdego świątecznego spotkania grup parafialnych, pracowników w szkole i dobrodziejów domów dla chłopców ulicy. To symbol wenezuelskich świąt. Ale jakie to święta?


Przygotowanie do świąt rozpoczynamy od świętowanie porannej  i jednocześnie jedynej Eucharystii każdego dnia. Uroczyste śpiewy, energiczne ruchy i głośne nawoływania „Ven, ven, ven…” upewniały mnie, że adwent to czas radosnego oczekiwania na narodziny Chrystusa. Także tutaj, gdzie patrząc po ludzku zwycięża zło. Gdzie każdego dnia ludzkie życie urywa się nagle od jednego strzału z pistoletu.
 
 
Dwudziesty czwarty grudnia. Wenezuelczycy gromadzą się w kościele na wieczornej Mszy świętej. Codzienne stroje w postaci jeansów wymienione na eleganckie sukienki, bluzki i  koszule. Szopka i choinka nie robią na mnie wrażenia, gdyż oglądam je już od trzech tygodni. Za to kolędy, mimo, że śpiewane przez cały okres adwentu, poruszają mnie swoją rytmiką i treścią. Świętowanie czas zacząć! Grupa dzieci wprowadza w uroczystej procesji Dzieciątko Jezus do ołtarza. A roztańczona gloria i oklaski dla Jezusa fruną hen wysoko do nieba. Na koniec Eucharystii uroczyste ucałowanie figurki małego Jezusa, uściski i świąteczne życzenia.

 
W Wenezueli rozpoczyna się czas zabawy z rodziną i znajomymi. Spotkaniom i tańcom nie ma końca. Wczesnym rankiem ucicha okoliczna muzyka dając znak do spania. Dwudziesty piąty grudnia to czas na odpoczynek po całonocnych zabawach. Parafia w San Felix późnym popołudniem przeciera oczy i zbiera się do świąteczną Eucharystię. Z myślą o  jubilacie zakładam elegancki strój i ze świątecznym nastawieniem ruszam do kościoła. W głowie trenuję po raz kolejny ulubione wenezuelskie kolędy i z niecierpliwością oczekuję kościoła wypełnionego ludźmi, aby wraz z nimi świętować ten wyjątkowy dzień. Przeżywam chwilę zwątpienia, gdy na placu dostrzegam zaledwie jeden samochód. Kościół świeci pustkami. Tego dnia, gdy katolicy wspominają dzień narodzenia Pana Jezusa w kościele parafialnym  znajduje się zaledwie 38 osób.

Co się stało z wszystkimi ludźmi?! Gdzie oni są?! Jakie święta obchodzą?! W co lub kogo wierzą?!
 
„Bądź zawsze radosny”, „święta to czas spędzony z bliskimi” i inne hasła głoszone w okresie świąt Bożego Narodzenia to jedynie puste marketingowe słowa nawołujące do pokoju, szczęścia i samozadowolenia z życia. W parafialnym kościele nadal wisi wieniec adwentowy, a w betlejemskiej szopce brakuje Dzieciątka Jezus, który zaginął podczas przedświątecznych przygotowań.  To tylko symbole? Może i tak! To tylko święta i kwestia wiary?  I to tylko Chrystus?! To On chce się narodzić na nowo. On nie wpycha się w niczyje życie. Czeka na zaproszenie. Boże Narodzenie to nie byle jaka impreza. Chrystus chce narodzić się także na wenezuelskiej ziemi, która tak bardzo potrzebuje w Nim odrodzenia.

Chwilowo Wenezuelczycy nie mają czasu. Zaczynamy karnawał….

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nie fajszuj w święta!

Dziś po raz pierwszy wygrałam wyścig ze słońce. Gdy ono nieśmiało ogrzewało europejskie twarze i rozjaśniało drogę marynarzom na Atlantyku, ja z lekko niedoczesanymi włosami lecę na mszę świętą. Witając przechodniów tradycyjnym „Buenos dias”, z lekkim śpiochem w oku, odpowiadali „Buena madrugada” (dobra noc). Dla wielu z nich, podobnie jak dla mnie, to jeszcze noc.

 
Od dziś budziki dają o sobie znać o 5:00. Co niektóre nawet i wcześniej. Rozpoczynamy wenezuelskie roraty. Dla tych co zaspali szybka pobudka racami wystrzeliwanymi w niebo. Tutaj nie ma wymówek. Tradycja nakazuje, więc całe rodziny lgną w kierunku kościoła. Podczas adwentu, a w szczególności podczas nowenny przed Bożym Narodzeniem, cała Wenezuela z radością oczekuje na narodziny Jezusa. Punktualnie, jak na latynoski kraj, bo jedynie z 15 minutowym opóźnieniem, rozpoczynamy mszę świętą o 5:30. Kościół wypełniony po brzegi.
Głośne nawoływanie i radosne śpiewy to cecha charakterystyczna tych poranków. Msza święta, a po niej wspólnotowa kawa i ciastko dla parafian to prawdziwa fiesta. Coś czego tu nie brakuje to czas. Jest. W parafialnej szopce Maryja z Józefem wciąż czekają na narodziny, bo do świąt pozostał jeszcze ponad tydzień czasu. Każdy Wenezuelczyk wie, że Jezus musi przyjść. Przecież w domach wszystko gotowe. Choinka i szopka. Kolędy i świąteczne występy. Wolne z pracy i szkoły. Każdy budynek w mieście przeszedł świąteczną transformację, a świąteczne potrawy spożywane są od miesiąca. Czy latynoskie serca są gotowe na przyjście Chrystusa? On przyjdzie w ciszy, ale Gloria będzie rozbrzmiewała w całym San Félix.
 
A Ty? Oczekuj Go wraz z Maryją. Masz jeszcze czas nastroić  instrument swojego serca, aby Gloria nie była jedynie fałszem płynącym z marketowych głośników.

środa, 11 grudnia 2013

Wcześniak za wcześnie

Czy w Twoim kościele wisi wieniec z czterema świeczkami? Chodząc na roraty śpiewasz zaspanym głosem co rano „Czekam na Ciebie Jezu mój mały”? I czy w ogóle wiesz, że w kościele katolickim na całym świecie przeżywamy adwent?!


 
Jedną z listopadowych niedziel spędzamy na festynie w okolicznej parafii, gdzie pierwszy raz jem tradycyjne bożonarodzeniowe potrawy. Od tej pory nie odstępują mnie na krok. Śniadanie, obiad, czasami kolacja. Wenezuelczycy zachowują się trochę jak polscy ekolodzy, którzy wiecznie bronią swojego zdania, za każdym razem tłumacząc, że to tradycyjna potrawa i trzeba zjeść. Obrusy z gwiazdą betlejemską dają mi znać, że Wenezuela rozpoczęła przygotowania do świąt. Wycieczka, w towarzystwie zaprzyjaźnionej rodzinki, do Parku Świątecznego kończy się wzdychaniem nad pięknem miejskich choinek. Naturalne, stalowe, aluminiowe. Każda z kilkoma kompletami lampek od chińczyków. Duże i małe. I jeszcze większe! Moja wyobraźnia czuje się zawstydzona nie jednym wenezuelskim wybrykiem.


 
Pierwsza niedziela adwentu w San Félix. Palmy zerkają z góry na gromadzący się przed kościołem tłum. Słońce smaży swoim spojrzeniem, a biel dziewczęcych sukienek odbija je jak tafla spokojnego jeziora. To szczególny dzień dla gromady nastolatków z naszej parafii. Ich pierwsze Komunia święta. Adwentowy wieniec z czterema tradycyjnymi świecami pokornie buja się w rytm Glorii wystukiwanej na perkusji, a uroczyste śpiewy zagłuszają biblijne nawoływania proroka Izajasza. Niedzielna Eucharystia jak zwykle przypomina fieste na chwałę Pana, a o prostowaniu ścieżek dla Niego Wenezuelczycy nie chcą nawet słyszeć.
 


 
Domy na pobliskich sektorach świecą jak reflektory samochodu. W parafialnym kościele już od tygodnia choinka puszcza oczka lampkami, a owieczki w szopce pasą się na zielonych wzgórzach. Mimo, że Jezus jeszcze się nie narodził, figurki Maryi i Józefa czekają w gotowości. Kolędy trenowane przez młodzież w naszym centrum są niczym jak pieśni bojowe. Każda z nich ma obowiązek posiadania elementu patriotycznego. Nazwa kraju, regionu lub miasta. Kolęda z hipotezą, co by było gdyby Maryja była z And, a Józef z równiny, dla każdego obywatela tego kraju jest oczywista, że wówczas Jezus byłby Wenezuelczykiem.

 
 
 
Zadziwia mnie ta inność. Buja do tańca niejedna kolęda. Charakterystyczny instrument towarzyszący tym śpiewom nakazuje ruszyć biodrem, klasnąć w ręce i bawić się na całego. Ale czy już teraz? Czy nie za wcześnie? Jest czas zbierania, ale nie ma czasu żniw. Jest radość z narodzenia, ale nie  ma Jezusa.
Gdyby Jezus był wcześniakiem nie potrzebowalibyśmy adwentu!
 

niedziela, 8 grudnia 2013

Fioletowy palec

Z czym kojarzy Ci się 8 grudzień? Jesteś katolikiem? Świętujesz uroczystość Niepokalanej. Jesteś salezjaninem lub wychowankiem salezjańskim? Zapewne obchodzisz rocznicę założenie przez księdza Bosko pierwszego oratorium. Jesteś Wenezuelczykiem? Możesz obchodzić dzień Chaveza lub spełniać obowiązek obywatelski. Od kilku dni Wenezuela przygotowywała się do dzisiejszej niedzieli. Dzieciaki włóczą się po ulicach, a ich miejsca do nauki przejęło wojsko. Panowie i panie w zielonych uniformach z karabinami przy boku maszerują po szkolnych dziedzińcach.
 
 
Prawdziwego Wenezuelczyka możesz dziś poznać po pomalowanym palcu. To nie propaganda. System wyborczy w tym kraju jest dla nas czymś niepojętym, podobnie  jak dla nich śnieg w grudniu. Na wstępie przeżywam lekkie zdziwienie na widok laptopów w komisji wyborczej. Gdy wspominam polskie wybory  na myśl przychodzą mi ogromne arkusze papieru z listą obywateli. Tutaj nauczyli się wykorzystywać do tych celów dobrodziejstwa techniki.Po wstępnym sprawdzeniu dokumentów, czas na wybory. Wolne i tajne wybory, jedynie z nazwy. Odcisk linii papilarnych przy nazwisku, ten sam na karcie wyborczej. Na koniec szybkie oznaczenie dobrego obywatela, czyli zanurzenie małego palca w atramencie, który jest permanentny przez ok 48h.  Po co? To nie nagroda za miłość do ojczyzny lub za wiarę w lepszą przyszłość. Przeciętny Wenezuelczyk potrafi posiadać trzy dokumenty tożsamości, ale ma tylko jedno prawo wyborcze.
W czasie wyborów w miastach wymagany jest spokój. Zakaz grupowych zebrań dotyczy nawet naszego niedzielnego oratorium dla młodzieży. Jedynie Pan Bóg nie przejmuje się wojskiem, więc jak każdego dnia, tak i dziś głośno woła i zaprasza wszystkich do kościoła. Szef może więcej!

piątek, 6 grudnia 2013

Wdowi grosz

Co robi Polak gdy zabraknie mu cukru? Idzie do sąsiadki spod trójki lub wsiada w samochód i jedzie do Tesco24h. Co robi Wenezuelczyk gdy nie ma cukru? Nie używa lub staje w kilometrowej kolejce do sklepu. Mimo, że urodziłam się w 1988 roku, dostałam dar zobaczenia jak wyglądał mój kraj w czasach komunistycznych. Wenezuela przeżywa to samo 30 lat później. Cukier, mąka, mleko to produkty na wagę złota.

 
Gdy do krajobrazu osiedlowej ulicy, niczym wklejona, dołącza stuosobowa kolejka ludzi, to znaczy, że u pobliskiego chińczyka pojawił się cukier. Kilogram na osobę to zasłużona nagroda za kilka godzin wyczekanych na słońcu. Oddzielną bajkę można napisać o mleku. Według elementarza polskiego pierwszaka mleko pochodzi od krowy. Nie wiem czego tutejsze dzieci uczą się w szkołach, ale mleko w Stanie Bolivar, gdzie żyjemy,  pochodzi od… proszku. Trzy białe sypkie skarby boliwariańskiej ziemi są cenniejsze niż wydobywane w pobliżu żelazo lub ropa. Przeciętny Wenezuelczyk nie działa na paliwo, nie żywi się pieniędzmi, a dziecięce buzie tolerują żelazo jedynie w postaci mięsa.
 
Gdy nadchodzi niedziela, ludność z pobliskich dzielnic przybywa na Mszę święta. Centrum młodzieżowe zamienia się w dom rekolekcyjny, w którym prowadzone są katechezy dla każdej grupy wiekowej. Niedziela to dzień świąteczny. Parafia tętni życiem. Jak z kipiącego garnka, wylewa się z niej radość z obcowania z Bogiem i ludźmi.  Każdy zapomina o troskach życia codziennego. Wspólnie świętujemy Dzień Pański. Na Eucharystii podczas ofiarowania parafianie składają w darach to co mają najcenniejsze. Polecają swoje rodziny. Ofiarowują chleb, wino i kosz produktów spożywczych: ryż, mąkę, mleko, cukier. Wszystko co mają ciężko zdobyte, kupione i wystane w kolejkach. Oddają swój wdowi grosz.