czwartek, 8 maja 2014

Bliźniacze urodziny

Pan Bóg wie wszystko! Co chcę robić, na co nie mam ochoty, jakie mam plany i problemy. Zna moją przeszłość, towarzyszy mi w teraźniejszości i ma plan na moją przyszłość. Zna imię mojego przyszłego męża, a nawet dzieci. Wie gdzie będę pracować i gdzie mieszkać. Gdzie zachwycę się pięknem przyrody, gdzie powiem „łał”. Dla Niego nie ma przypadków. Nie ma zbiegów okoliczności. Są jedynie sytuacje, które możemy nazwać cudami.


Nie pamiętam jak świętowałam moje 4 urodziny. A także czy dostałam od rodziny czekoladę czy misia. Ale dostałam prezent od Boga, który ujawnił mi kilka miesięcy temu. Mały okruszek z siłą bawoła, włosami Marilyn Monroe i duszą anioła. Tak, w tamte urodziny na świecie zjawiła się Kruszynka, moja misyjna towarzyszka.

 
Tegoroczny 7 maj był dla nas specjalny. Już na miesiąc przed wszystkich gryzła zagadka że niby dlaczego obchodzimy urodziny tego samego dnia. Czy to na pewno prawda. A może wymysł dwóch małych polek, które chcą zrobić wszystkich w konia. Urodziny w Wenezueli to wyjątkowy dzień, o którym nie można zapomnieć. Informowanie na tydzień przed, że ten dzień zbliża się wielkimi krokami to prawie tradycja. A wielkie poszukiwanie mąki na upieczenie ciasta był jednym z bardziej stresujących elementów przygotowań.


Ach, i w końcu nadszedł. Najpierw urodziny w oratorium, gdzie dzieci przygotowały plakat i życzenia. Gry i zabawy uświetniały nasze święto, a punktem kulminacyjnym był tort spełniający marzenia, czyli lądujący na twarzy. Następnie prezent od młodzieży, czyli pięknie przygotowana Msza święta oraz wieczorne świętowanie w Centrum Młodzieżowym. Kolejne torty wyrażające miłość i przyjaźń ludzi nas otaczających. W tych ciężkich czasach dla Wenezuelczyków, gdzie każdy troszczy się o podstawowe produkty spożywcze, przyniesienie ciasta dla całej wspólnoty w parafii znaczy wiele. Nie mają nic, ale to nic chcą ofiarować innym.
 
A w tym wszystkim Ona! Przyjaźń  skąpana w chwilach radości i wdzięczności. Kto ma dziś urodziny? „Ona!”- odpowiadałyśmy jednym głosem uśmiechając się do siebie. Zabawa w siostry bliźniaczki w prawie jednakowych sukienkach, wspólne pozowanie do zdjęć, wspólni znajomi. Wspólne misje, tutaj, w San Felix, gdzie życie toczy się swoim szalonym tempem.

Dziękuję Ci Boże za ten oKruszek szczęścia, wsparcia i szaleństwa!

wtorek, 22 kwietnia 2014

Pół roku

Po wyjściu z samolotu Wenezuela przywitała mnie gorącym strzałem powietrza w twarz. Odpowiedziałam grzecznie uśmiechem rozkoszując się tą chwilę, jakby nigdy więcej miała się nie powtórzyć.  A jednak! Ta rozkosz trwa i trwa. Tak już od pół roku.
 
 
Dziękuję Bogu za ten czas spędzony nad brzegiem rzeki Orinoko, którą znałam jedynie z atlasu geograficznego. Dziękuję za każdy uśmiech dziecka, szczególnie ten najtrudniej zdobyty. Dziękuję za wieczory spędzone z młodzieżą, łatwe i te trudniejsze rozmowy. Dziękuję za wspólną grę w gumę, gdzie i tak wygrywa Sergio skaczący najwyżej. Dziękuję za każdą godzinę wysiedzianą przed Najświętszym Sakramentem, a także tą przegadaną z Kruszynką. Za każdą grę w kikimbola i otrzymany od dziecka rysunek. Każdy uścisk, komplement i odrobione zadanie domowe. Za każde "masz piękne oczy" i "zostań moją żoną". Za bycie siostra, koleżanką, wychowawcą, nauczycielem,
przyjaciółką, matką, towarzyszką do gry i do rozmowy.
 
Dziękuję za każdy dar, który otrzymałam od Boga podczas tych sześciu miesięcy.
 

czwartek, 27 marca 2014

Lubię piątki!

Lubię piątki i to nie dlatego, że zaczyna się weekend. To jedyny dzień, w którym nie mam ani minuty siesty, a obiad pochłaniam w pięć minut. Lubię ten dzień, bo od biegania serce mi szybciej wali i krew buzuje w ciele. Niby dzień jak każdy inny. Wstaje rano na wspólnotową modlitwę, aby rozpocząć dzień z Bogiem. Potem szybka arepa i lechosa, czyli wenezuelskie wydanie chleba i soku. I przez dwa boiska zbiegam do szkoły. Każdy dzień tutaj rozpoczyna się salezjańskim słówkiem i krótką modlitwą. A w piątki także apel patriotyczny z elementami historycznymi i odśpiewania hymnu narodowego.
 
O ósmej zaczynamy naukę. Na moją lekcję mogą przyjść uczniowie, którzy mają problemy z matematyką lub inną materią. Niektórzy z nich nie umieją czytań, nie znają liter i numerów. To wielka radość, gdy po pewnym czasie nauki słyszę od uczniów, że zaliczyli sprawdzian. W przerwie zaś spędzamy wspólnie czas na graniu w siatkówkę lub rozmawianiu. W każdy piątek mam możliwość uczestnictwa wraz z młodzieżą we Mszy Świętej. To trudny moment dla wszystkich jej uczestników. Większość uczniów nie jest katolikami, a na pewno niepraktykującymi. Część z nich to ewangelicy, pseudo ewangelicy lub po prostu niewierzący.
Pamiętam dobrze moje pierwsze dni w tej szkole. Pierwsze piątki, kiedy czułam się jak w ZOO, tylko nie wiem dlaczego to ja byłam zwierzątkiem w klatce. Wszyscy podchodzili, oglądali i komentowali między sobą. Idąc do komunii podczas Eucharystii musiałam brać trzy głębokie wdechy, aby w skupieniu pokonać niewielki odcinek drogi dzielący mnie od kapłana. Gwizdom i komentarzom nie było końca.

Minęło pięć miesięcy. Młodzież przychodzi porozmawiać na przerwach. Chętnie spędzamy wspólnie czas. Traktują mnie normalnie. Jak osobę. Mimo odmienności wyznań, wszyscy uczniowie są obecni na Mszy świętej, a na koniec przekazują sobie znak pokoju. Nie ważne ile kto ma lat, jaki kolor skóry, oczu i włosów, czy jest nauczycielem czy uczniem. Panuje tam przyjacielska atmosfera.
Wreszcie przychodzi czas na kluby. To dla młodzieży czas na zabawę, a dla niektórych naukę. Każdy wybiera zajęcia które lubi. Wariantów jest sporo; od różnych rodzajów sportu, gier, po matematykę, angielski i tańce. Tym akcentem kończymy dzień i jednocześnie tydzień nauki w szkole. Już tęsknie za tym co się wydarzyło i czekam na kolejny tydzień.
 
 
Wracam spełniona do domu, czyli do Centrum Młodzieżowego. Niemal z prędkością światła pochłaniam obiad, bo spełniona jest jedynie połowa mojego serca. Ta przeznaczona dla młodzieży. Druga część czeka na dzieci z oratorium. W piątek, jak każdego dnia przychodzą chętnie. Odrabiają lekcje ze szkoły, mimo, że mają początek weekendu. Uczymy się nowych rzeczy, wspólnie gramy i bawimy się. To tu dzieci, które przyszły do oratorium kilka tygodni lub miesięcy temu mają swoich przyjaciół. Żyjemy tu jak w rodzinie. Nie ważne jest ile kto ma lat; 5, 9 czy 12.
 
Lubię piątki, bo każdą moją ostatnią siłę mogę poświęcić tym, do których zostałam posłana. Ostatnią siłę…przed kolejną, którą otrzymuje od Boga!

sobota, 8 marca 2014

Na krańcu świata

Narodził się ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem. Wraz ze swoją rodziną żył w Nazarecie, a ostatnie trzy lata życia spędził na wędrowaniu i nauczaniu o Królestwie Bożym po obecnym terytorium Izraelu. Po Jego śmierci głoszenie Ewangelii przejęli Jego uczniowie, którzy mówili “my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli.” (Dz 4, 20). I tak mamy rok 2014. Chrystus Zmartwychwstał i żyje w Nas, chrześcijanach. Żyje w Ziemi Świętej wśród Żydów i Muzułmanów. Żyje w Europie, która szczyci się korzeniami chrześcijańskimi, a w której tak bardzo brakuje dziś wiary. Żyje w Azji, gdzie wyznawcy Chrystusa cierpią prześladowania i giną za wiarę. Ale żyje i tutaj w Ameryce. Zarówno w bogatych Stanach Zjednoczonych, jak i wśród Indian.


Jedziemy w głąb Wenezueli. Droga dłuży się i nie należy do najprzyjemniejszych. Pomimo wenezuelskiej potęgi ropy naftowej, nie każdy skrawek drogi jest pokryty asfaltem. Towarzyszą nam niezliczone zakręty, a autobus można zaliczyć jedynie do klasy „Wiejski PKS lat ‘90”. Po czternastogodzinnej podróży docieramy do Amazonii, a bardziej do stolicy stanu, który nosi taką nazwę. Wygląda zwyczajnie. Miasto jak miasto. Jedynie ludzie mają trochę inne rysy twarzy. Wszyscy biegają w wenezuelskim aktualnym stroju narodowym, czyli w jeansach.
Nie mijają nawet trzy godziny, po których dowiadujemy się, że wraz z jednym salezjaninem wybieramy się na Isla Raton. Podróży ciąg dalszy. Dwugodzinny wyścig samochodem po lokalnych kręciołkach. W trakcie potrójna rewizja wojska, które dba o bezpieczeństwo obywateli. Przecież dwie półtorametrowe polki z wielkimi plecakami na pewno przemycają słonia i trzy żyrafy. Docieramy do niewielkiego portu na Orinoko, z którego przy pomocy małej motorówki docieramy do celu. Kilka minut marszy i przed nami maluje się misja salezjańska. Chciałoby się powiedzieć: rodzina w komplecie. Po prawej stronie kościół, na wprost Salezjanie z internatem dla chłopców i szkołą dla młodzieży, po lewej dom Sióstr Salezjanek i internat dla dziewczyn z okolicznych wiosek.
Zatrzymujemy się u sióstr. Jedna siedemdziesięcioosobowa sypialnia. Skąd wiemy, że aż tyle osób pomieści? Bo tyle haczyków na hamaki znajduje się w pomieszczeniu. Znajdują się w odległości jednego metra każdy. Do tego jedna dosyć spora łazienka, w której jak słyszymy od siostry, że możemy się umyć; dziewczyny preferują kąpiel w rzece każdego poranka. Tam również myją zęby i piorą ubrania, które swoją objętością zajęłyby torebkę przeciętnej gimnazjalistki.
Gdzie Ty Boże dotarłeś?! Tu, gdzie dla Europejczyka lub Amerykana te dziewczyny to zwyczajne dzikuski, jak Pocahontas. Gdzie nie ma ani jednego samochodu. Kto Cię tutaj przyniósł? Kto miał na to pomysł? To także tutaj powstał Twój kościół, ludzie pomagają ludziom i żyją normalnie. 


Po nocy spędzonej w hamaku, wraz z włoskim misjonarzem wyruszamy jeszcze dalej. Motorówką pokonujemy dwugodzinną podróż rzeką. Jedziemy w nieznane, czyli do Wspólnoty Grulla. Tak, wspólnoty! Tu nie używają słowa wioska indiańska. To grupa ludzi, która rodzi się, żyje i umiera wspólnie. Dzieci wspólnie się bawią, młodzież zakochuje, matki rodzą dzieci, ojcowie pracują, a żony gotują coś z niczego. Docieramy do misji salezjańskiej w tej wspólnocie. Przed drzwiami czekają na księdza dzieci, dla których On jest jak dziadek. Drzwi Jego domu przez cały czas naszego pobytu są otwarte. Każdy może przyjść, usiąść przy stole i porozmawiać. Jedzenie na misji zawsze szykowane jest na nieograniczoną ilość osób. Trzeba liczyć się z nieoczekiwanymi odwiedzinami.


Spacerując po okolicy czuję się dobrze. Niezależnie od pory dnia czy nocy w każdym mogę dostrzec przyjaciela. To Bóg jest w każdym z nich. W biegających dzieciach, grającej młodzieży czy dorosłych spacerujących po drodze. On jest wspaniałomyślny i wezwał holenderskiego misjonarza do pracy we wspólnocie Grulla. To przez jego ręce i serce Bóg zamieszkał w tej wspólnocie. Ma tam swój dom, obdarza pokojem i rozlewa miłość. Na krańcu świata żyją chrześcijanie, którzy mogliby być dla nas przykładem we wzajemnym miłowaniu się.

niedziela, 16 lutego 2014

Wiara

Podczas cotygodniowej czwartkowej adoracji Najświętszego Sakramentu kościół nie jest wypełniony po brzegi. Zazwyczaj wierni mieszczą się w kilkunastu ławkach po prawej stronie naszej niezbyt gigantycznej świątyni. Można dostrzec tu te same twarze co każdego dnia na wieczornej mszy świętej. Ale nie ważne czy liczba ludzi sięga 100 czy 30 osób. Ważna jest dusza z jaką przychodzą się modlić. Dostrzegam tu olbrzymią wiarę, której brakuje w tym kraju. Dostrzegam na twarzach tych ludzi pokój serca, którego również  brakuje w tym mieście.

Kapłan, który w ten wieczór jest stopami Jezusa, sprawia, że On przechadza się po kościele błogosławiąc każdego. Widzę Seniorę Judi, która zapłakana ukradkiem spogląda na monstrancję i Maríe, która wyciągając dłonie chce czerpać jak najwięcej z bożych łask. Gdy Jezus błogosławi swój lud każdy wyciąga dłonie, jak głodny wyciąga po chleb. Nikt nie pozwoli, aby którakolwiek z bożych łask upadła i się zmarnowała. Twarze rozmodlonych Wenezuelczyków wpatrzone w monstrancję błagają o pokój dla kraju i błogosławieństwo dla swoich rodzin.
 
Niedzielna Eucharystia. Ale nie tylko w ten dzień, ale każdego dnia tygodnia parafianie do kościoła przychodzą całymi rodzinami. W momencie komunii świętej, z ławek podnoszą się wszyscy. Niezależnie od wieku, każdy zmierza w kierunku kapłana. Starsi przyjmują ciało Pana Jezusa, a wraz z nimi w kolejce ustawiają się dzieci. Proszą o błogosławieństwo boże. Zmierzają całymi rodzinami. Często dzieci idą z dalszą rodziną, znajomymi. Zawsze się z kimś zabiorą.
Małżeństwa do komunii przystępują razem. Do ołtarza idą wspólnie, często jako para zakochanych, trzymając się za ręce lub objęci czule. Mają świadomość, że ich Miłość ma początek w Chrystusie. To mąż udziela komunii żonie, a żona mężowi. To najlepsze czym małżonkowie mogą się wzajemnie karmić.
Po zakończonej Eucharystii wierni dosyć szybko opuszczają kościół, aby przed nim spotkać się i porozmawiać ze znajomymi. Tu jest jak w rodzinie. Każdy każdego zna. Ale nie wszyscy wychodzą pospiesznie. Zawsze jest ktoś, kto zostanie na dłużej. Bo chce pozdrowić Jezusa w Najświętszym Sakramencie czy dotknąć której z figurek Jezusa lub Maryi, wierząc w Ich błogosławieństwo. Dotknięcie prawą ręką stopy Jezusa niosącego krzyż lub Maryi Wspomożycielki i późniejsze wykonanie znaku krzyża to wyraz wenezuelskiej wiary.
 
Maryja ma zarówno dla Wenezuelczyków, jak i dla innych krajów ameryki łacińskiej szczególne znaczenie. W tym są bardzo podobni do Polaków. Podobnie jak my czczą Ją bardzo szczególnie. Jest traktowana jako Matka Boża, ale także matka każdego Wenezuelczyka. Dlatego każda matka po narodzinach dziecka, gdy pierwszy raz wybiera się z dzieckiem do kościoła, prosi księdza o prezentację jej nowonarodzonego dziecka Maryi. Kapłan przedstawia niemowlę Matce Bożej i prosi o Jej opiekę dla Niego.
 
Ci ludzie, mają serca otwarte na bożą miłość. Ufają Mu bezgranicznie i kochają Go całym sobą. Może ich wiara jest czasami powierzchowna. Może zbyt świeża. Ale jest żywa i widoczna. Daje piękne świadectwo dla tych, którzy żyją wokół, w tym świecie, który potrzebuje bożej potęgi.

czwartek, 13 lutego 2014

12 lutego w Wenezueli

12 lutego w Wenezueli…

….obchodzi się jako dzień młodzieży. Niby nic specjalnego, ale gdy ktoś słyszy pod swoim adresem życzenia z tej okazji, od razu pojawia się na jego twarzy uśmiech. Być młodym to duma i honor. Być młody to znaczy mieć chęci do zmiany i siłę do walki. W historii polski to młodzież rozpoczynała walki o wolność. To grupy młodych ludzi mają ciągle odwagę krzyczeć na ulicach miast i domagać się swoich racji. To kibice na meczach nie wahają się demonstrować swojej wiary i miłości do ojczyzny.

12 lutego w Wenezueli…
…mamy jak co dzień oratorium. Dzieci licznie przybywają odrobić swoje lekcje, nauczyć się nowych rzeczy i pobawić się. Organizujemy zajęcia z teatru i mamy chwilę na sport. Z niektórych dziecięcych ust słyszę „wszystkiego najlepszego z okazji dnia młodzieży”, co wywołuje to na mojej twarzy uśmiech i sprawia, że przytulam ich tym mocniej. Dzieciaki zmierzając na oratorium zawsze znajdą jakieś kwiatki lub mango, a gdy nic nie mają skradną nam buziaka. Cokolwiek, byleby nam coś podarować. Gdy słońce kończy swoją pracę, a dzieci wracają do domów, my w pośpiechu zmierzamy na mszę świętą, aby z Bogiem podsumować ten dzień. Tym razem świętujemy z młodzieżą nasze święto.
 

12 lutego w Wenezueli…

Młodzież w Caracas świętuje dzień młodzieży w inny sposób. Od kilki dni wychodzą na ulicę, aby walczyć o swoją wolność. O swoją ojczyzny i o przyszłość. Wiedzą co znaczy patriotyzm i miłość do ojczyzny. Podobnie jak przed laty polscy studenci, tak i teraz tutaj, w Wenezueli, młodzież bierze przyszłość narodu w swoje ręce. Chcą żyć godnie. Normalnie! W tym kraju brakuje wszystkiego. Poza mąką, cukrem i mlekiem, brakuje wolności i miłości. Brakuje zaufania Bogu i Jego opatrzności. Młodzież walczy i ufa, że ta walka ma sens i przyniesie pozytywne skutki dla kraju i ich przyszłości. Nie żałują swoich sił, swojej krwi, a niektórzy życia. Rząd ma swoje prawa. Tego wieczoru zabijają dwójkę młodych ludzi, którzy chcieli żyć w wolnym kraju.
 
 
Boże, daj siłę walczącym, rozum rządzącym i życie wieczne z Tobą dla poległych!

 

niedziela, 9 lutego 2014

Moje Boskie życie!

Dziewięcioletni chłopak, któremu śni się scena rodem z gry komputerowej lub z wieczorynki dla najmłodszych. Nastolatek, który przyciąga rówieśników chodząc po linie i który wykorzystuje każdą okazję, aby przybliżyć ich do Boga. Kapłan niegrzeszący wzrostem, mający wielkie serce dla młodzieży. Był, i nadal jest, ojcem dla młodych całego świata, pomimo, że stracił ojca mając zaledwie dwa lata.

Chciałoby się powiedzieć, że duch salezjański wieje gdzie chce. Przywiał salezjanów także i tutaj, do San Félix. W dzielnice niebezpieczne, gdzie „nie pięściami, lecz miłością i łagodnością” mają zdobywać młode serca. Gdzie nieraz brakuje nadziei, prawdziwej radości i chęci do prawego życia.
 
Fiesta księdza Bosco to dzień szczególny dla salezjanów w całym świecie. To patron zgromadzenia i niejednej parafii w świecie. Także i naszej w San Félix. Więc świętujemy podwójnie. Dzieciaki w oratorium zostały przeszkolone w każdą stronę kim był ksiądz Bosko. Umieją rozpoznać Go na zdjęciach. A gdy zadaję pytanie „kiedy urodził się…” krzyczą bez oddechu datę narodzin i śmierci księdza Bosko. Nie mają z tym problemu. Wiedzą dlaczego akurat 31 stycznia jest dniem Jana Bosko. Jest im jak ojciec i wychowawca. Jakby jeden z animatorów, któremu zawdzięczają dużo, ale z którym nie mieli okazji zagrać w baseball.
 
Jeden dzień zabawy to dla przeciętnego Wenezuelczyka to zbyt krótko, dlatego świętowaliśmy cztery dni. Rozpoczynając od wigilii, przez oficjalne obchody, po festyn parafialny w weekend. Nie zabrakło wspólnych Eucharystii każdego dnia, ani przemarszu przez miastu demonstrującego naszą chlubę z bycia wychowankami salezjańskimi. Festyn nie mógł odbyć się bez tradycyjnych tańców i śpiewów, także gry w baseball’a i wspólnej zupy z festynowego gara. Wszystko w duchu radości, której nauczył nas nasz święty patron. Sam powtarzał „bądźcie radości, bo szatan boi się ludzi radosnych”.

Jeśli nie znasz księdza Bosko, zrób wszystko, aby Go poznać. Jeśli znasz, podziel się Nim z innymi. Wiesz jaki to skarb dla Ciebie, więc podziel się swoją radością z innymi.

Bogu dzięki za każdego salezjanina w moim życiu. Tego, który mnie ochrzcił, którego  nie znam. Za tych, którzy udzielali, udzielają i będą mi udzielać innych sakramentów. Za tych, z którymi mogę się śmiać grając w „Owocki”. Z którymi mogę się modlić żarliwie w małej przydrożnej kapliczce, wielkiej bazylice i na przypadkowym skrzyżowaniu. Dziękuję, za każde salezjańskie słówko, które przywołało mnie do porządku lub rozbawiło moją zachmurzoną buzię. Za każdego z którymi mogłam kroczyć na Jasną Górę, trzymając za różaniec i tańcząc „Qué si, qué no”. Tym, którzy przeżyli ze mną niejedne rekolekcje i szalone wyjazdy. Tym, z którymi teraz pracuję, odkrywając moje wenezuelskie drogi. Tym, dzięki którym mam niezastąpionych przyjaciół, a przede wszystkim Boga. Dziękuję, że jesteście! Księże Tomku, Michale, Leszku, Przemku, Darku, Tadziu, Jacku, Januszu, , Adamie, Maćku, Romku, Stasiu, Waldemarze, Victor, William,  Mariuszu, Bartku, Grzegorzu. Za każdego kleryka i brata salezjanina, Grzesiu, Krzysiu, Tomku i Liborio. Dobrze, że jesteście!
 
P.S. Jeśli jesteś salezjaninem i nie znalazłeś swojego imienia, nie martw się! Tobie w sposób szczególny dziękuję!